Blokada kopiowania!

czwartek, 6 sierpnia 2015

~32 I'm Back, Darlin

Imagin dedykowany dla - Marta Mam nadzieję, że się kochana podoba ;3

*


Moje serce zaczęło szybciej bić. Moje oczy próbowały wyprzeć się tego co widzą, a umysł jakby zamilkł. To się nie mogło dziać. Nie teraz.
Po prawie pięciu latach w drzwiach mojego mieszkania stał chłopak – a raczej już mężczyzna – o blond włosach i delikatnie skośnych oczach. Jego twarz nabrała wyrazistych rys, skóra stała się jeszcze bardziej karmelowa, sylwetka bardziej męska, a włosy były w totalnym nieładzie, zapewne przez wiatr panujący na zewnątrz. Zmienił się przez ten czas.
Przez jego ramię była przewieszona czarna, sportowa torba, a na barki miał zarzuconą cieniutką kurtkę. Zapewne niedawno wrócił.
Staliśmy i patrzyliśmy sobie głęboko w oczy. Jego były jakby zasnute mgłą, nie potrafiłam odczytać z nich żadnych informacji. Za to w moich na pewno znajdowała się cała wiązanka uczuć i wspomnień. To wszystko co próbowałam wyprzeć przez tak długi czas wróciło, atakując moje serce ze zdwojoną siłą. Nie potrafiłam już, a może nawet nie chciałam łudzić się, że on już nic dla mnie nie znaczy. W ciągu kilku chwil rozdrapał wszystkie rany, które goiły się aż do teraz.
Staliśmy przez kilka minut w całkowitej ciszy. Nie była ona niezręczna. Po prostu słowa nie były nam potrzebne przez jakiś czas.
Kendall zrobił krok w moją stronę, zamykając kopniakiem brązowe drzwi, a ja niekontrolowanie zrobiłam krok w tył. Tak bardzo bałam się tego co miało się stać.
Chłopak dużo śmielej zaczął zmniejszać przestrzeń między nami, a ja jak sparaliżowana stałam w miejscu. Jego dłonie znalazły się na moich policzkach, a oczy się w jednej linii z moimi. Skóra pod jego palcami dosłownie płonęła kiedy opuszkami zataczał niewielkie kręgi. Wtuliłam twarz w jego ręce, jednocześnie przerywając nasz kontakt wzrokowy. Jedyne czego w tamtej chwili pragnęłam to zatrzymać to. Zmierzało to w niebezpiecznym kierunku.
Moje wyrzuty sumienia natychmiast umilkły, gdy Schmidt podniósł moją twarz do poprzedniej pozycji. Znowu nasze wzroki się skrzyżowały, co obudziło we mnie mnóstwo sprzecznych emocji.
Z jednej strony miałam ochotę rzucić się na niego w zwierzęcym pocałunku, jednak z drugiej chciałam go spoliczkować za to, że miał czelność przyjść tu po takim czasie.
Marzyłam, żeby wtulić się w jego ramiona i wypłakać, nadrabiając stracony czas, ale jednocześnie chciałam wyrzucić go z mojego domu i zabronić przychodzenia, próbując znowu zapomnieć.
Chłopak zaczął w ślimaczym tempie zbliżać swoją twarz do mojej. Wszystkie emocje zaczęły się we mnie kumulować, błagając o pozwolenie na wydostanie się.
— Dlaczego? – wyszeptałam, gdy nasze wargi dzielił może minimetr. Wtedy Kendall zesztywniał. Jego dłonie już nie wywoływały iskierek, jakby całe ciepło z niego uciekło wraz z moim pytaniem. Źrenice w jego oczach zwężyły się, a oddech przyspieszył. Nie był przygotowany na to pytanie, co dało mi kilka sekund na przemyślenie tego bałaganu, który tworzył się między nami.
Kendall cofnął się, kręcąc z niedowierzaniem głową. Przymykał powieki, a później je rozchylał, jakby miało mu to pomóc w znalezieniu słów. Zapewne myślał, że kiedy go tylko zobaczę rzucę się biegiem w jego stronę, wpadnę w jego ramiona i nie pozwolę mu odejść.
— Przepraszam. — zaczął, zakrywając twarz dłońmi — Powinienem ci powiedzieć. Wiem o tym doskonale, ale nie potrafiłem.
— Gdzie byłeś? — dopytywałam, gdy poczułam nagły przypływ odwagi.
Chłopak był totalnie zmieszany i nie miał kontroli nad sytuacją, co kiedyś wpędziłoby go w szał. Schmidt zawsze miał na wszystko ułożony scenariusz, jednak nie był nudziarzem.
– Gdzie byłeś? — zapytałam po raz trzeci. Sekundy mijały jak lata, a ja wciąż nie dostawałam odpowiedzi – Gdzie? — dopytywałam ostatni raz i nie wytrzymałam. Po moim policzku powolutku spływała pierwsza łza, a ja nie zrobiłam nic żeby ją powstrzymać. Za nią potoczyła się kolejna i jeszcze kilka. Zacisnęłam w palcach kawałek rękawu mojego czarnego swetra i zaczęłam je ocierać. Mój "przyjaciel" patrzył na to wszystko jakby go to nie ruszało. Nie potrafiłam uwierzyć, że przede mną stał zupełnie inny człowiek. Ale czemu ja się dziwiłam? Wszystko się zmieniło.
– Byłem... — chłopak zawahał się, jak gdyby mi nie ufał – Byłem na odwyku. — powiedział na jednym oddechu.
– Co?! — mój głos wyraźnie się podniósł – Przecież ty nie brałeś.
– To był ten jeden raz. Wyjechałaś na ślub siostry, a ja poszedłem z chłopakami na imprezę. Stiles powiedział, że to niegroźne; że jak wezmę to będę się lepiej bawić. Posłuchałem go i wziąłem od niego jedną działkę, nawet nie wiedziałem co to jest. Następnego dnia dał mi kolejną i następną... — słuchałam go i kręciłam głową. To nie mój Hoodie – To się stało...nawet nie wiem kiedy. Ty wróciłaś po tygodniu, ale było już za późno. Ja nie potrafiłem wytrzymać bez tego, to mnie niszczyło. Nie chciałem cię martwić moim stanem, dlatego postanowiłem odejść. — jego oczy się zaszkiły. Oparł ciało o zimną ścianę i schował twarz w dłoniach.
Podeszłam do niego i chwyciłam jego nadgarstki, aby odsunąć je od jego twarzy. Z kącików jego oczu płynęły słone stróżki, które ciągnęły się przez jego anielską twarz, lądując na ubraniach.
– Gdybym wtedy zobaczył zawód w twoich oczach... Nie wytrzymałbym. Odwyk wydawał się najlepszym wyjściem. Myślałem, że potrwa może kilka tygodni... — wtulił się w moje ramiona – Nie chciałem cię zawieść... — gładziłam jego plecy ręką, szepcząc do ucha, że wszystko jest już dobrze. Jednak czy było?
Czas, w którym go brakowało to nie kartka papieru, którą mogę zgiąć i wyrzucić czy niepotrzebna para butów, którą w każdej chwili mogę oddać. Ten czas to te lepsze i gorsze wspomnienia, a bez nich nie funkcjonujemy poprawnie. Ten czas to nowe znajomości, bez których często nie uśmiecha nam się żyć. Ten czas to doświadczenia i błędy, na których się uczymy, a przynajmniej powinniśmy. Ten czas to my i zmiany, przez które przechodzimy.
– Przepraszam, przepraszam, przepraszam… — szlochał, a moje serce zaczynało mięknąć. Odsunęłam się od chłopaka. Jego buzia była cała we łzach, a oklapnięte włosy przylegały do jego czoła. Nie potrafiłam odwrócić od niego wzroku. Chłonęłam obraz Kendalla jak najpiękniejsze dzieło sztuki jakie ujrzało światło dzienne. Był jak moje prywatne bóstwo, jak anioł i diabeł w jednym, jak trucizna i antidotum pod postacią człowieka. Przez tyle dni leczyłam się z niego, aby dziś znowu uzależnił mnie od siebie i mną zawładną. Zbyt szybko mu uległam, był moją słabością, o której nie potrafiłam zapomnieć. A może po prostu nie chciałam?
Moje przemyślenia zeszły na drugi plan, kiedy Kendall po raz kolejny chwycił mnie w ramiona. Przymknęłam oczy i cieszyłam się chwilą.
Spod moich powiek powoli uciekały łzy, jednak tym razem szczęścia. Schmidt był jedynym człowiekiem, który potrafił ukoić wszystkie moje myśli jednym dotykiem. Niesamowite jest to jak niektórzy na nas działają. Jesteśmy jak marionetki w ich dłoniach, jednak mamy wolną wolę i teoretycznie potrafimy w porę powiedzieć "dość". Dla mnie to nie była ta pora. Chciałam go tulić do siebie, płakać w jego ramiona i jednocześnie krzyczeć za odejście bez słowa. Jednak jeden jego dotyk sprawił, że jakiekolwiek obawy, wyrzuty sumienia czy uprzedzenia względem jego osoby zniknęły.
– Cieszę się, że jesteś. — wyszeptałam do jego ucha. Kendall odsunął się ode mnie odrobinę, po czym delikatnie złączył nasze wargi. Dotyk jego pełnych ust obudził stado motyli w moim brzuchu, których nie czułam na tyle długo, aby zapomnieć jakie to uczucie. Ten jeden pocałunek wystarczył, żeby wypełnić pustkę w moim wnętrzu, z którą nauczyłam się żyć. Te chwile były magiczne, zmysłowe, przepełnione nowymi, osobliwymi doznaniami. Odbierałam to każdą komórką swojego ciała, próbując nasycić jego dotykiem każdą z nich.
– Już nigdy cię nie zostawię. — powiedział delikatnym głosem. Ta obietnica wystarczyła. Wierzyłam jego słowom niemal bezgranicznie.
– Nareszcie z tobą, skarbie…
~~~

10KOMENTARZY=NOWY IMAGIN!


wtorek, 4 sierpnia 2015

~31 Święto Przyjaźni

Imagin dedykowany dla - Daria Mam nadzieję, że się podoba :3

*
- Tato, a kiedy pojedziemy do wesołego miasteczka? - spytała moja mała Alice, robiąc minę błagającego pieska.
- Jak zasłużycie - zaśmiałem się lekko, na co dzieci zmarszczyły brwi i zrobiły ponurą minę.
- Tata ma rację - dodała moja żona - Nie posprzątaliście jeszcze swoich pokoi.
- Alice! - krzyknął Matt - idziemy sprzątać! - po tych słowach dzieci się zerwały i pobiegły na górę.
- Mamy najcudowniejsze dzieci na świecie - powiedziała Lucy, po czym usiadła mi na kolanach, a ją objąłem ją w talii.
- Zgadzam się - cmoknąłem ją przelotnie w usta.
- Ale ty wiesz, że jak posprzątają, to będziesz musiał je zabrać do tego miasteczka, prawda?
- Niestety - zaśmiałem się, a po chwili brunetka dołączyła do mnie. Miałem najwspanialszą rodzinę pod słońcem. Ja, Lucy, Alice i Matthew. Matthew był starszy od Alice o rok i oczywiście podobny do mnie. Zielone oczy, podobna karnacja, blond włosy, zaliczał się do łobuzów szkolnych. Alice wyróżniała się swoją urodą na tle swoich rówieśniczek. Nie mówię tak tylko dlatego, że jest moją córką. Jest delikatna i wrażliwa, co widać na pierwszy rzut oka. Jej długie i ciemne włosy zawsze są proste, a jej błękitne oczy, które odziedziczyła po Lucy, dodają jej uroku.
- Mamo! Tato! Posprzątaliśmy! - dobiegł nas radosny krzyk Alice. Lucy wstała, ciągnąc mnie za rękę.
- Chodźmy - zachichotała. To był jeden z najpiękniejszych dźwięków, jakie kiedykolwiek słyszałem. Wiedziałem to już, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Pamiętam ten dzień dokładnie. Drobna brunetka, idąca korytarzem, trzymająca górę książek. Potknęła się, wszyscy zaczęli się śmiać, tylko nie ja. Ja podszedłem do niej i jej pomogłem.
- Tato, a zabierzemy wujka Dustina ze sobą? - spytał Matt, kiedy znalazł się w holu.
- Jeżeli będzie chciał jechać, to owszem, możemy go zabrać - zgodziłem się, co było pewne, że Dus pojedzie. Wesołe miasteczko to dla niego raj na ziemi.
- Możemy zadzwonić po resztę chłopaków i spędzić z nimi czas - zasugerowała Lucy, na co przytaknąłem - Kendall, zadzwonisz do nich? Ja przygotuję dzieciaki.
- Pewnie, skarbie - cmoknąłem ją w policzek i wyszedłem przed dom, wyciągając komórkę z kieszeni. Wybrałem numer Dustina, który odebrał po kilku sekundach.
- No co tam stary? - przywitał się w swoim stylu, co mną nawet nie ruszyło. Znamy się od dawna, a Dustina traktuję jak brata.
- Mam pewną propozycję - oznajmiłem tajemniczo.
- Zamieniam się w słuch.
- Razem z Lucy i dziećmi wybieramy się do wesołego miasteczka...
- Do wesołego miasteczka?! - przerwał mi uradowany - Zabieracie mnie?
- Nie, chciałem spytać czy nie zaopiekowałbyś się moją teściową, która dzisiaj przyjedzie, kiedy my będziemy w wesołym miasteczku - próbowałem nie wybuchnąć śmiechem, jednak jestem pewien, że moja twarz jest cała czerwona.
- Ty sobie ze mnie jaja robisz?
- Jesteś taki łatwowierny - nie wytrzymałem i zacząłem się niepohamowanie śmiać, Dustin dołączył do mnie. Gdy już się opanowałem, kontynuowałem - To jak, masz ochotę zabrać się z nami? Możesz wziąć Nathalie ze sobą.
- No jasne, o której?
- Zapewne za niecałą godzinę.
- No dobra, to spotkajmy się na miejscu, cześć!
- Cześć! - rozłączyłem się i ponownie zacząłem się śmiać. On był jak dziecko. W kontaktach odszukałem Carlosa. Odebrał po chwili. Dziwiłby mnie fakt gdyby nie odebrał. On zawsze nosił ze sobą komórkę.
- Siema Carlos! Masz ochotę na odrobinę rozrywki? Takie rodzinne spędzenie czasu? - wyparowałem, nie dopuszczając chłopaka do głosu.
- Nie przepuściłbym takiej okazji. Gdzie i kiedy?
- Za godzinę w wesołym miasteczku. Nie zapomnij o dzieciach i żonie! - zaśmiałem się.
- Nie zapomnę, o to się nie martw. To spotykamy się na miejscu? - dopytywał. Pan perfekcjonista. Carlos już taki był. Jego kobieta życia miała wielkie szczęście, że go spotkała. Pena jest jedyny w swoim rodzaju. Wychowywaliśmy się na jednym podwórku i był nieśmiałym chłopakiem dopóki nie dorósł do nastoletniego buntu.
- Tak, na miejscu. Do zobaczenia! - pożegnałem się i rozłączyłem. Ostatnią osobą do której muszę zadzwonić jest Logan. Odebrał dopiero za trzecim razem. Do niego jest się ciężko dodzwonić.
- Halo? - mówił nerwowo. Musiało się coś wydarzyć.
- Cześć, mam propozycję nie do odrzucenia.
- Jaką?
- Chcesz się wybrać z nami na rodzinny wypad? Do wesołego miasteczka. Oczywiście masz zabrać ze sobą Makenzie i Jade.
- Tak, pewnie, a kiedy? - jego głos cały czas drżał, jakby się czegoś bał. Nie powiem, trochę się zaniepokoiłem.
- Dzisiaj, za godzinę na miejscu. Będą wszyscy - powiedziałem - Logan, coś się stało? - nie mogłem dłużej trwać w niewiedzy. Jeżeli coś się wydarzyło, musiałem wiedzieć.
- Zgubiłem kluczyki od samochodu. Samochodu mojego teścia! Mam przesrane!
- Sprawdzałeś w stacyjce? - zaproponowałem.
- Nie - jego ton głosu brzmiał na zmieszany - zaraz sprawdzę. To widzimy się w miasteczku za godzinę! Cześć! - pożegnał się i szybko rozłączył. Czasami zastanawiałem się jakim cudem Makenzie wytrzymuje z nim. Przecież on zachowuje się jak dziecko.
Wszedłem do domu, gdzie czekała już Lucy wraz z dziećmi.
- Tato, jesteśmy gotowi! - oznajmił Matt. W prawej dłoni trzymał swoją ulubioną zabawkę. Czarny mustang. Uwielbiał kolekcjonować samochody. Mustang był jego największą zdobyczą, ponieważ identyczny, tylko w realistycznych rozmiarach, stał w garażu.
- To wsiadajcie do samochodu. Wyprzedzając twoje pytanie synku, nie jedziemy Mustangiem - posłałem mu szeroki uśmiech. Dzieci wyszły z domu, wsiadając do białego Range Rovera, a ja z Lucy zaraz za nimi.
  Wesołe miasteczko było przepełnione ludźmi, ale teraz jest już za późno na zmianę zdania, bo dzieciaki wybiegły na przód i znalazły zajęcie. Rzucały piłeczkami w kubki. Bez czekania dołączyliśmy do nich. Wygrał Logan, który dumny z wygranego misia, cieszył się przez całą godzinę. Nie obeszło się bez kolejki górskiej. Ja wsiadłem razem z Alice i Matt'em, Dustin z Jules'em i Laurą, Logan wsiadł do wagonika razem z Makenzie i Jade, a Carlos z Alexą i Lucy. Jedynie Nathalie została na dole, ponieważ bała się wsiąść. Przejażdżka była świetna. Dzieci krzyczały w niebo głosy, a my się śmialiśmy. Po kolejce poszliśmy coś zjeść. Zdecydowaliśmy się zamówić trzy duże pizze. Nasze kobiety razem z dziećmi poszły zająć nam miejsca, a my staliśmy w kolejce, rozmawiając o jutrzejszym meczu piłki nożnej.
  Po posiłku siedzieliśmy przy stole. Alexa siedziała na kolanach Carlosa, a on obejmował ją w talii, ja przytulałem do siebie Lucy, Dustin szeptał coś do ucha Nathalie, która opierała się jego ramię, a Logan wraz z Makenzie odpłynęli do swojego świata. Dzieciaki zajmowały się sobą. Alice, Laura i Jade bawiły się lalkami, które wygrały w jednej z budek, a Matthew i Jules zawzięcie ścigali się od stolika do budki z jedzeniem.
- Alexa, Nathalie, Makenzie idziemy się przejść? - wyszła Lucy z inicjatywą, co zdziwiło mnie, bo jeszcze niedawno mówiła, że jest bardzo śpiąca.
- Jestem za - pierwsza odezwała się Makenzie, która do tej pory była zainteresowana tylko Loganem.
- Ja też z chęcią pójdę - powiedziała Alexa, powoli wstając. Niestety nie było jej to dane, ponieważ Carlos przyciągnął ją mocniej do siebie - Carlos, idę - zachichotała - puść mnie - ucałowała go w usta. Chłopak puścił ją, a ona wstała i podeszła do Lucy i Makenzie, które były już gotowe na wieczorny spacer.
- Nie pozostaje mi nic innego, jak pójście razem z wami - Nat zaśmiała się cicho, po czym podeszła do przyjaciółek.
- Chłopcy, zostawiamy wam pod opiekę dzieci. Nie zgubcie ich - oznajmiła Lucy i wszystkie razem odwróciły się, odchodząc.
- Ciekawe jak długo będą na tym spacerze - westchnął Logan. Był zmęczony.
- Zapewne długo - zaśmiałem się ciężko - A właśnie, Logan, znalazłeś kluczyki?
- Tak - posłał mi uśmiech ulgi, który na pewno zagościł na jego twarzy, gdy tylko je odnalazł - były w stacyjce. Co ja bym bez ciebie zrobił?
- Wiesz, pewnie byłbyś już martwy - każdy z nas wybuchł śmiechem.
- Jakie kluczyki zgubiłeś? - dopytywał Dustin.
- Od samochodu mojego teścia - mruknął.
- Stary! Oszukałeś przeznaczenie - wtrącił Carlos, śmiejąc się.
- Bardzo zabawne - przekręcił teatralnie oczyma, Logan.
  Dziewczyn nie ma już 45 minut, co jest nie do wytrzymania. Czekamy na nie niecierpliwie, ale jest to męczące. Mimo, iż tematy rozmów nam się nie kończą, jestem coraz bardziej znudzony. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że nie słyszę naszych dzieciaków. Zacząłem się oglądać. Nie ma ich. Zniknęły. Uciekły. Zgubiliśmy dzieci. Jak można zgubić własne dziecko? Najwyraźniej byliśmy bardzo pochłonięci rozmową.
- Zamknąć mordy! Każdy! - krzyknąłem, na co chłopcy spojrzeli na mnie, jak na idiotę - Zgubiliśmy dzieci - wytłumaczyłem.
- Co?! - Carlos wstał, jak poparzony - Jakim cudem!? Pilnowaliśmy ich! - jego ręka przejechała po włosach, roztrzepując je na wszystkie strony - Alexa mnie zabije.
- Jesteście idiotami - prychnął Dus, co mnie zdenerwowało jeszcze bardziej. Nie ma swoich dzieci, to po jaki kij się odzywa.
- Stul twarz, Belt - wycedziłem przez zęby.
- Hej! Schmidt, spokojnie, znajdziemy je - Logan próbował załagodzić atmosferę, która w tej chwili była bardzo napięta.
- Na co my jeszcze czekamy? Chodźmy ich szukać - zmotywował nas Pena. Bez żadnych sprzeciwów ruszyliśmy na poszukiwania dzieciaków.
  Minęło już pół godziny, a my nadal ich nie znaleźliśmy. Pytaliśmy przechodzące osoby, ale nikt ich nie widział. Byłem coraz bardziej zaniepokojony. Dustin nawet chciał zadzwonić do dziewczyn. Od razu wszyscy jednogłośnie zaprzeczyliśmy. Jeżeli Lucy dowie się, że zgubiłem nasze dzieci, wyprowadzkę z domu mam zagwarantowaną. Zapewne tak samo jak Logan i Carlos. Nagle, kątem oka, zauważyłem postać podobną do Alice. Ruszyłem w tamtą stronę, a chłopcy poszli za mną, jak ćmy. Za dużym namiotem, na błękitnym kocu, siedziały nasze dzieci wraz z dziewczynami. Na ich widok kamień spadł mi z serca i odetchnąłem z ulgą. Słyszałem, jak Carlos i Logan wypuszczają powietrze ze świstem, co zwróciło uwagę dzieci. Zerwały się z miejsca i zaczęły biec w naszą stronę.
- Wszystkiego najlepszego z okazji waszego święta*! - każda mała osóbka, podbiegła do swojego ojca, tylko Dustin stał samotny.
- Nathalie, chcę mieć dzieci! - oznajmił głośno, idąc w jej stronę, co mnie bardzo rozbawiło. Dustin i dzieci. Tego nie da się nawet wyobrazić.
- Tatusiu! Spełnienia marzeń! - Alice wraz z Matt'em złożyli mi życzenia. Ukucnąłem przed nimi, a oni rzucili mi się na szyję. Z tego co zaważyłem Carlos przytulał do siebie Laurę i Jules'a, a Logan mocno ściskał Jade - Kochamy cię najmocniej na świecie, wiesz? - powiedziała mała Alice, z ogromnym uśmiechem.
- Ja też was kocham. Dziękuję - Wziąłem ich oboje na ręce i podszedłem do koca, gdzie usadowiłem małego Schmidta i małą pannę Schmidt, a ja zająłem miejsce obok Lucy, którą objąłem w talii. Zaraz dołączyli do nas Carlos i Logan z dzieciakami.
- Nathalie, chcę zostać ojcem. Chcę, aby takie małe stworzonka mówiły do mnie tatusiu - na te słowa, każdy z nas wybuchł śmiechem.
- Dustin, już to słyszałam - westchnęła Nat, patrząc na niego, jak na małe dziecko, które prosi o nową zabawkę.
- To na co czekasz? - spytał zaskoczony Dus.
- Na okazję - mrugnęła do niego i wtuliła się w jego tors.
- Podoba się niespodzianka? - spytała Lucy, patrząc na mnie ukradkiem.
- To był podstęp i to ty wymyśliłaś, prawda? - uniosłem brwi, a ona ucałowała mnie delikatnie. Czyli, że tak, to był jej pomysł - Jesteś okropna, ale cię kocham - pogłębiłem nasz pocałunek, ale nie na długo, bo mnie odepchnęła, tłumacząc się tym, że są tutaj dzieci - bardzo podoba mi się niespodzianka, mamusiu - zamruczałem jej do ucha, co sprawiło, że uśmiechnęła się szeroko.


___________
* Chodziło mi o święto przyjaźni między chłopakami :)

Przypominam o zakładce "Zamówienia" gdzie możecie takie oto imaginy sobie zamawiać :)
To wszystko...

10KOMENTARZY=NOWY IMAGIN!



niedziela, 2 sierpnia 2015

~30 Memory

Imagin bromance napisany na zamówienie dla - Jagoda Nie wiem, czy mogę to sklasyfikować jako typowy bromance, ale cóż. Mam nadzieję, że sie podoba :)


~•~


Niektóre chwile wylatują nam z pamięci kilka dni później, natomiast inne pamiętamy do końca życia. Zastanawiałem się często, co takiego było w tamtej chwili, że aż tak utkwiła mi w pamięci. Dustina już nie ma. Zniknął z mojego życia w dość gwałtowny i bolesny sposób. I chociaż większość wspomnień z nim, była wesoła, to jedno widziałem każdej nocy w snach.
Wspomnienie jego pogrzebu majaczyło gdzieś w tyle mojej głowy, zupełnie nieważne. Liczyło się inne. Liczył się inny pogrzeb. I chociaż od tamtego mglistego, deszczowego dnia, minęło już ponad dziesięć lat, jest najbardziej wyraźnym, jakie w ogóle mam.
Miałem kiedyś chomika, który nazywał się Chomik. Nie żył zbyt długo, ale obaj z Dustinem uwielbialiśmy się z nim bawić, albo po prostu obserwować go, gdy biegał po kołowrotku. Oczy Dustina były wtedy skupione w tym jednym miejscu, na Chomiku. A ja czasem, zamiast patrzeć razem z nim, wolałem patrzeć na niego. A gdy to zauważał, zawsze mówił to samo:
- Kendall, dlaczego mnie obserwujesz?
A potem wybuchał śmiechem. Lubiłem go obserwować, ale także lubiłem słuchać, jak się śmieje. To był dość przyjemny dźwięk. Znacznie lepszy, niż gdy śpiewał, bo tego znieść nie mogłem. Mieliśmy wtedy po pięć, może sześć lat, ale obaj lubiliśmy podśpiewywać pod nosem przeróżne piosenki, usłyszane gdzieś w radiu. A gdy nie znaliśmy tekstów, sami je sobie dorabialiśmy.
Ale tamtego dnia...

Mały, brązowy chomik z trzema białymi łatkami, leżał w małym kartonie, który wcześniej był pudełkiem od butów. Miałem je na sobie tamtego dnia, ale nie myślałem o tym. Martwiło mnie to, że Chomik leżał nieruchomo. Wiedziałem, a raczej obaj wiedzieliśmy, że już więcej nie będziemy mogli go obserwować, jak biega w kółku.
Od godziny nie padało, ale ziemia była mokra. Klęczeliśmy na niej z Dustinem. Ja z lewej, on z prawej, a pośrodku, nieco przed nami, leżało pudełko z Chomikiem.
- Jesteś gotowy? - zapytał cicho Dustin, patrząc w świeżo wykopany dół. Plastikowa łopatka leżała nieopodal, wcześniej rzucona niedbale przez chłopaka.
- Chyba tak. Myślisz, że najpierw musimy się pomodlić i dopiero go pochować, czy najpierw włożyć do dołu i wtedy się pomodlić?
- Pomodlić, tak myślę. - Wzruszył ramionami.
- Będę za nim tęsknić... - szepnąłem cicho.
- Ja też, Kendall, ja też - dodał, a po chwili obaj spojrzeliśmy na własne dłonie.
- Więc... Pater noster, qui es in caelis, sanctificetur nomen tuum... - Rozpocząłem.
- Adveniat regnum tuum. - Dołączył do mnie Dustin. Usłyszałem jakieś odgłosy gdzieś z tyłu, ale nie bardzo mnie one interesowały. Musiałem uważać, żeby nie pomylić tekstu modlitwy.
- Fiat voluntas tua, sicut in caelo et in terra. - Mówiliśmy razem, nie myląc ani słowa. W moich oczach pojawiły się łzy, ale nie chciałem, aby wypłynęły. Spojrzałem na klęczącego obok chłopaka. Podniósł na mnie wzrok. W jego oczach także tliły się łzy.
- Co wy znowu świrujecie? - Nagle rozległ się głos Logana.
Od zawsze mnie irytował. Mieszkał obok i ciągle nas nachodził. Za każdym razem coś broił i uciekał, a mama myślała, że to ja jestem wszystkiemu winien. Zacisnąłem małe piąstki i mówiłem dalej, a Dustin razem ze mną.
- Panem nostrum quotidianum da nobis hodie. Et dimitte nobis debita nostra, sicut et nos dimittimus debitoribus nostris. Et ne nos inducas in tentationem, sed libera nos a malo.
Po moim pliczku spłynęła jedna, samotna łza.
- Amen - powiedziałem twardo i zakryłem pudełko wieczkiem.
Nie mogłem pokazać słabości przed Loganem, nie mogłem! Drżącymi dłońmi włożyłem prowizoryczną trumienkę do wykopanego dołu, a Dustin bez słowa zaczął ją zasypywać.
Żegnaj, Chomiku...

To wspomnienie niemal we mnie żyło. Widziałem wszystko ponownie, za każdym razem, gdy tylko myślałem o przyjacielu. Przyjacielu, którego od dawna już nie mam. Nie pamiętam niczego z jego pogrzebu, jedynie to, że nie płakałem. Czułem tylko smutek, jeszcze większy niż wtedy, gdy oboje chowaliśmy Chomika.
Miałem wtedy dziesięć lat. Chociaż i tego nie pamiętam dokładnie. Właściwie posiadam małą liczbę wspomnień, a każde oprócz tego, jest mgliste. Czemu akurat to pamiętam tak dobrze? Nie wiem, ale przecież niektóre chwile wylatują nam z pamięci kilka dni później, natomiast inne pamiętamy do końca życia.
Osoba Dustina zawsze będzie gdzieś przy mnie. Wiem to. Wierzę w to. I strasznie za nim tęsknię, ale wiem, że już nigdy więcej go nie zobaczę. I modlę się, aby to jedno jedyne, moje najwspanialsze wspomnienie...
Aby przetrwało. Po prostu.
Chcę pamiętać go do końca życia, nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz, jaką będę pamiętał.


~•~
Zacznę od tego, że to miało być zupełnie inaczej. Miałam zamiar odprawić Chomikowi całą mszę po łacinie, ale w efekcie zostałam jedynie przy Pater Noster. Wyjaśniając, pogrubione słowa to powszechnie znana modlitwa - Ojcze Nasz. Mam nadzieję, że ogólnie nie jest taki zły. Koniec zjebałam, wiem o tym, ale za cholerę nie chciało mi wyjść inne zakończenie. No ale cóż, mówi się trudno.
Liczę na komentarze, huh. Ogólnie witam po nie długiej przerwie i przperaszam, że ostatnio nie mogliście wejść na bloga, ale z przyczyn że ktos mi sie włamał na konto blog został usunięty. Uff ale naszczęście w porę go przywróciłam... Jak widzicie, założyłam nowe zakładki z których mam nadzieję, będziecie korzystać. Zerknijcie na zakładke “Zamówienia” gdzie możecie zamówic sobie imagin z dedykacją. Myśle, że to wszytsko z mojej strony, jeszcze raz bardzo przperaszam, zapraszam do zamówień. Do zobaczenia, xoxo

10KOMENTARZY=NOWY IMAGIN!



© Kordelia| WioskaSzablonów | X | X | X |.