Blokada kopiowania!

wtorek, 9 czerwca 2015

~11 Lodowy Król

Czekając na Kendalla, chowałam się za jedną ze sklepowych półek, próbując nie robić przy tym zbyt dużo hałasu. Ostrożnie wyjrzałam za okno, za którym dostrzegłam lecący samolot zwiadowczy. Na ulicy nie było zupełnie nikogo. Jedyny ruch, jaki można było zauważyć, to postrzępiona flaga Japonii, powiewająca na wietrze.
Nie mogłam dłużej patrzeć na porozbijane wystawy sklepowe i rozwalone samochody, stojące w płomieniach. Odwróciłam głowę, wlepiając wzrok w obdartą ścianę przede mną. Nerwowo bawiłam się kosmykiem moich, niegdyś lśniących, czarnych włosów. Przez spanie w brudzie, pokryły się one dziwnym osadem i kurzem.
Na samą myśl o czasach przed wojną, do oczu napłynęły mi łzy, a pociekły dopiero gdy zza rogu wyskoczył Kendall. Przerażona, podskoczyłam w miejscu. Byłam wrażliwa na każdy, nawet najmniejszy, ruch i dźwięk.
– Nie strasz mnie tak – pisnęłam, szturchając chłopaka w ramię.
– Wybacz... Mam zupę.
Wyciągnął niewielką puszkę zza pazuchy kurtki, a na jego twarzy pojawił się blady uśmiech. W drugiej dłoni trzymał pogiętą łyżkę. Wręczył mi oba przedmioty.
Przyzwyczaiłam się do takich warunków. Od wielu tygodni błąkamy się po ruinach miasta, w poszukiwaniu schronienia lub czegoś do jedzenia. Ukrywaliśmy się wszędzie, gdzie nie dosięgał wzrok lotników, ale z posiłkami było o wiele gorzej. W pustych domach nie było czego szukać, więc buszowaliśmy w sklepach spożywczych. Co prawda, w nich także pozostały same resztki, ale czasem los się do nas uśmiechał. Przestałam zwracać uwagę na brud i karaluchy, czające się w niemal każdej szczelinie. Miałam wrażenie, że byliśmy jedynymi, którzy przeżyli, bo od dawna nikogo nie spotkaliśmy.
– Znalazłem coś jeszcze.
Zanim zadałam pytanie, Kendall wyciągnął, tym razem z kieszeni spodni, srebrny łańcuszek z fioletowym kamieniem. Był na prawdę ładny, ale dobrze wiedziałam co sądził o nim Kendall, więc w odpowiedzi posłałam mu mordercze spojrzenie.
– Znowu świrujesz? – zapytałam, ponownie skupiając wzrok na puszce z zupą.
– Nie! Tym razem to coś wyjątkowego, mówię ci.
– Niby skąd to wiesz? – Wywróciłam oczami.
– Poczułem, kiedy go dotknąłem.
Już to kiedyś słyszałam...
Jedyną dziwną cechą mojego chłopaka była ta durna obsesja. Obsesja na punkcie magicznych artefaktów. Nieustannie szukał przedmiotów, które miały jakieś nadprzyrodzone moce. Niestety, wszystko co udało mu się znaleźć, okazywało się być zwykłym śmieciem. Dlatego też, tym razem również mu nie uwierzyłam. Bajeczki o wyczuwaniu magii dawno przestały na mnie działać. Każdy błyszczący kamyk traktował jak skarb, nawet jeśli nie miał on żadnej wartości.
– Kira, nie kłamię! – upierał się.
– Dobrze. W takim razie pokaż mi jego niesamowitą moc – poleciłam z przekąsem w głosie.
Jego mina wskazywała na to, że sam nie wiedział jaką specjalną właściwość może mieć naszyjnik. Przewracał go w dłoni, uważnie mu się przyglądając, lecz nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Wtem, niespodziewanie usłyszeliśmy donośny huk, który sprawił, że ziemia zadrżała.
– Strzelają – powiedział Kendall.
Zobaczyłam w jego oczach przerażenie, ale zniknęło ono tak szybko jak się pojawiło. Strach zastąpiła determinacja. Zmarszczył brwi, po czym przewiesił sobie wisiorek na szyi. Zapewne liczył na nagły przypływ magii, a zamiast tego, skrzywił się, opadając na podłogę. Natychmiast uklękłam przy nim.
– Coś ty narobił? – jęknęłam.
Próbowałam zabrać mu ten szmelc, co okazało się o wiele trudniejsze, niż mogłam przypuszczać. Gdy dotknęłam kamienia, przeszył mnie niewyobrażalny chłód. Czułam jakby mój palec zamarzł, a w rzeczywistości pokrył się jedynie cienką warstwą szronu, co i tak nie było normalne.
– Słyszysz to? – zapytał, zakrywając sobie uszy dłońmi.
– Nic nie słyszę. O czym mówisz?
– Te szepty...
Potrząsnęłam głową, ale dalej nie słyszałam żadnych szeptów. Może już oboje zaczynaliśmy wariować?
– To ten naszyjnik – odpowiedział na pytanie, którego nie zadałam. – Coś mi podpowiada.
– Przestań! Zdejmuj to i pozbądźmy się go.
Podjęłam kolejną próbę uwolnienia chłopaka od owego dziwnego przedmiotu, niestety z marnym skutkiem. Chłopak chwycił mój nadgarstek, przyprawiając mnie o kolejną porcję szronu na skórze. Z trudem wyrwałam się z jego uścisku; jakby jego dłoń zamarzła. Zaczynałam wierzyć, że nie jest to zwykła, tania biżuteria, jednocześnie czując narastające przerażenie. Wstałam z podłogi i zrobiłam asekuracyjny krok w tył. Po chwili, Kendall poszedł w moje ślady, bez przerwy patrząc na swoje dłonie.
– Już wiem jak cię ochronić – powiedział pewnym siebie głosem. – Ten kryształ zdradza mi tajemnice lodu. Chce nas obronić.
Jedyne do czego byłam zdolna to kręcenie głową. Słowa uwięzły mi w gardle, ale gdyby było inaczej, zapewne bym krzyczała. Analogicznie, gdy się cofałam, Kendall wykonywał krok do przodu, a za nim pojawiała się wąska ścieżka śniegu. Jednym, dużym krokiem, pokonał odległość między nami i zanim zdążyłam zaprotestować, wziął mnie na ręce i wybiegł na ulicę. Próbowałam uciec, ale lodowy uścisk był zbyt mocny, przez co nie mogłam nawet ruszyć nogą.
– Puść mnie, to boli!
Właśnie wtedy, usłyszałam kolejny nadlatujący samolot. Zaczęłam panikować.
– Zabije nas! – krzyczałam, ale ignorował wszystkie moje słowa, zupełnie jakby nie docierały do jego uszu. – Uciekaj!
Zamiast wypełnienia mojego polecenia, wyciągnął prawą rękę przed siebie, po czym wycelował palcem w lecącą maszynę, jednocześnie odrzucając nas do tyłu. Z koniuszka jego palca, niespodziewanie wystrzelił strumień lodu, bezbłędnie trafiający w samolot. Uwięziony w bryle twardego lodu, spadł na ziemię, trafiając w rozwalający się blok mieszkalny.
Dopiero po tym, Kendall postawił mnie na ziemi. Wciąż skostniała, nie miałam zbyt wielu możliwych ruchów, ale dłonie automatycznie powędrowały do ramion, próbując je ogrzać.
– To jest przeklęte – wskazałam na wisiorek.
– Ale obroniło nas. – Przybliżał się do mnie. – Zrobiłem to, żeby cię chronić.
Nie chciałam takiej obrony. Czary mnie przerażały, a Kendalla bałam się jeszcze bardziej. Zdecydowanie lepiej mi się żyło, gdy zniszczone bloki służyły nam za schronienie. Wtedy nie wiedziałam czym jest prawdziwy mróz.
Za mną była tylko ściana, więc nie miałam gdzie się cofnąć, ani gdzie uciec. Zostałam uwięziona, a mój ukochany nie zachowywał się jak dawniej, Przez ten głupi amulet, zaczynał wariować, a zdjęcie go z jego szyi było niemożliwe.
– Nie bój się – uspokajała mnie, ale wariacki uśmiech na jego twarzy wcale mnie nie przekonywał. – Nie zrobię ci krzywdy.
– Zdejmij to!
Spojrzał w dół na kamień, połyskujący w przyćmionym świetle księżyca. Przez chwilę po prostu go podziwiał, a później ponownie spojrzał na mnie. Wtem, w jego tęczówkach zobaczyłam niebieskie plamki, które powoli stawały się coraz większe.
– Nie zdejmę. On tylko chce mnie chronić. Podpowiada mi jak władać lodem.
Dzieliły nas już tylko dwa metry. Zaczynałam czuć na sobie zimny oddech Kendalla, wywołujący dreszcze na całym, już i tak przemarzniętym, ciele. W mgnieniu oka zmniejszył tę odległość do zera, przywierając swoim ciałem do mojego. Odwróciłam twarz, ale na niewiele się to zdało, gdyż ujął ją w dłonie i trzymał mocno.
– Kira, pamiętaj, robię to by cię chronić.
Po tych słowach, złączył nasze usta w krótkim pocałunku, po czym zrobił kilka kroków w tył. Na moment zamknął oczy, żeby zaraz po tym ponownie je otworzyć i strzelić w moje stopy lodowym promieniem. Teraz mogłam tylko marzyć o ucieczce.
– Przestań! – Nie poddawałam się. – Wypuść mnie.
W odpowiedzi pokręcił przecząco głową, unosząc palce coraz wyżej, tym samym zamrażając coraz więcej części mojego ciała. Wychylałam się do przodu, co było zupełnie bez sensu. Krzyczałam, ale on pozostawał nieugięty. Jego oczy były już zupełnie niebieskie, przesycone nieskończonym chłodem. Na ten widok, zaczęłam płakać, patrząc na niego błagalnie.
W końcu, przestałam ruszać rękoma – zupełnie zamarzły. Do dekoltu, moje ciało było pokryte błękitną, lodową osłoną, uniemożliwiającą mi jakikolwiek ruch. Czułam jak z zimna sinieją mi usta. Chciałam powiedzieć jeszcze jedną rzecz, chociaż moje wargi drżały. Lód powoli wspinał się po szyi, więc miałam ostatnią szansę.
– Kocham cię – wykrztusiłam, przeznaczając na to mój ostatni dech.
Po tych słowach, Kendall opuścił ręce, ale było już za późno. Moje ciało i umysł zamarzły, pogrążając się w wiecznym mrozie.

_____
CZUJĘ, ŻE CHYBA NA SERIO NIE MA PO CO PROWADZIĆ TEGO BLOGA :/


10 KOMENTARZY=NOWY IMAGIN

czwartek, 4 czerwca 2015

~10 Miscalculate +18

+18



– Stoi?
Patrzy na mnie z lekka rozbawionym ale i pewnym siebie wzrokiem. Wierzy, że wygra. Głupiec. Z Meg nikt nie wygrywa, a on wcale nie będzie pierwszym, już ja o to zadbam.
– Stoi.
Nasz zakład pieczętujemy uściskiem dłoni. Jego dłoń jest duża, silna i nieco szorstka. Uśmiecha się. Naprawdę myśli, że wygra. Niestety ja wiem, że przegra. Gdybym nie była pewna swoich racji, nie zgadzałabym się na tak chory układ. Jeśli wygram, on musi mi zapłacić sto tysięcy. Jeśli zaś jemu przypadnie wygrana, moje ciało jest do jego dyspozycji przez cały tydzień, począwszy od jutra.
Nie rozważam przegranej. Dlatego się zgodziłam. Uśmiech na jego twarzy jest niemalże diabelski.
– Dygasz się, Meg? – kpi ze mnie.
– Ja? Raczej ty powinieneś, Kendall.
– Powiedzieć ci, co zrobię jako pierwsze, gdy już będziesz moja? Złoję twój kształtny tyłeczek na kwaśne jabłuszko.
– Jesteś chory, ale na szczęście nie wygrasz – mówię.
– Jeszcze nie zdecydowałem, czy przełożę cię przez kolano, czy może złoję ci skórę pasem – kontynuuje niezrażony moimi słowami. – Twoje pośladki będą wspaniale różowe, rozgrzane do tego stopnia, że każdy dotyk będzie wywoływał ból. A z bólu wszystko przerodzi się w przyjemność, gdy wezmę cię od tyłu.
– Nie podniecaj się za bardzo, bo potem rozczarowanie będzie zbyt wielkie – mówię z kpiną, ostudzając jego wyobrażenia.
– Auta czekają, Meg. Wyścig czas zacząć.


Trzy sekundy – o tyle okazał się być lepszy. O trzy jebane sekundy, znaczące dla mnie tak wiele. Jest pierwszą osobą, która wygrała ze mną. Z Meg, postrachem tych nielegalnych wyścigów.
Wychodzę wściekła z auta, trzaskając drzwiami, czego nie robię nigdy. Już samo to sugeruje, że nie jestem w humorze. Uśmiech satysfakcji wymalowany na bladej twarzy Kendalla sprawia, że krew wrze w żyłach, a adrenalina – spowodowana wyścigiem – podnosi się jeszcze wyżej, niemalże rozsadzając mnie od środka.
– Przyszłaś mi pogratulować, Meg? Czy powiedzieć, jak bardzo cieszysz się tym, co rozpoczniemy jutro?
– Niczego nie rozpoczniemy! – krzyczę.
Gdy tylko znajduję się w idealnej odległości, rzucam się na niego, atakując pięściami jego klatkę piersiową. Gdzieś w podświadomości wyczuwam, jak jest twarda i umięśniona.
– Ależ kotku, zakład to zakład.
– Jesteś psychiczny, Schmidt!
Pozwala mi dać upust szargającym mną emocjom. Nie odsuwa się, nie osłania, nie próbuje powstrzymać. Po prostu przyjmuje każde uderzenie z godnym pogratulowania spokojem. To sprawia, że złoszczę się jeszcze bardziej niż myślałam, że to możliwe. Do moich oczu cisną się łzy, ale nie pozwalam im wypłynąć. W końcu odpadam z sił, a jego silne ramiona obejmują mnie w talii, chroniąc przed upadkiem.
Przegrałam. I przez tydzień należę do niego.



Ostatnie uderzenie pasa spada na moje pośladki. Są rozgrzane, piekące i tak cholernie bolą. Kendall odrzuca pas na bok. Sna podłogę z hukiem, który wywołuje spotkanie metalowej sprzączki z drewnianą podłogą. Jestem oparta o oparcie wysokiego, skórzanego fotela. Mój tyłek jest w górze, nogi wiszą w powietrzu, a głowa spoczywa na poduszce, położonej na siedzeniu fotela.
Jak obiecał, tak zrobił.
Czuję się zbita na kwaśne jabłko, zupełnie tak, jak uprzedzał. Pośladki pulsują bólem, ale nie to jest najgorsze. Druga rzecz, wypowiedziana przez niego wczorajszego wieczoru, również się sprawdziła. Z bólu płynie przyjemność, której jeszcze w pełni nie zaznałam. Jestem niemal pewna, że widzi, jak bardzo jestem mokra między nogami. Czuję się, jakbym miała tam wodospad. Moje własne soki spływają stróżką po lewym udzie, a ja słyszę za sobą jego chichot.
– Podnieciłaś się, Meg.
Niepotrzebnie mi to mówi, ja to wiem. Kładzie chłodne dłonie na moich czerwonych od pasa pośladkach, a z mojego gardła wyrywa się głośny krzyk pełen bólu.
– Krzycz – mówi. – Jesteśmy sami w domku w środku lasu. Krzycz, nikt cię nie usłyszy.
Słyszę w jego głosie radość, jaką sprawia mu to wszystko. Wygrana. To, że jestem jego przez siedem dni. To, że może robić ze mną wszystko, na co tylko ma ochotę, a ja nie mogę mu się sprzeciwić – takie są warunki zakładu. Jestem w pełni jego. Mam mu się oddać, powierzyć swoje ciało.
– Ty chory zboczeńcu - wykrztuszam z siebie z trudem.
– Więc dlaczego jesteś taka mokra, Meg? Dlaczego jesteś podniecona?
– Ty sadysto – szepczę, gdy nie mam już siły na krzyk, a on lekko uderza otwartą dłonią w mój prawy pośladek.
– Ty najwyraźniej jesteś masochistką, kochanie. Podnieciłaś się. Jesteś już na mnie gotowa.
Dalej wiszę przewieszona przez oparcie fotela, gdy on jednym szybkim ruchem wchodzi we mnie od tyłu. Palce zaciska na moich biodrach, wbijając się we mnie głęboko. Jęczę. Porusza się szybko, gwałtownie. Chwilami tracę oddech. I z każdą chwilą podoba mi się coraz bardziej. Jego biodra raz po raz zderzają się z moimi obolałymi pośladkami, dostarczając mi intensywnej rozkoszy, płynącej z bólu i pożądania.
Spełnienie przychodzi szybko. Zbyt szybko. Faluję biodrami i wychodzę naprzeciw jego pchnięciom, raz, drugi i trzeci, aby na koniec wykrzyczeć jego imię i opaść bezwiednie na fotel. Czuję jego ostatnie pchnięcia i opada na mnie.
– Jak mi powiesz, że nie było przyjemnie, to cię wychłoszczę dwa razy mocniej i dłużej. A mamy na to aż siedem dni.
Zamykam oczy. Jest mi dobrze, nawet w tej pozycji, zgięta w pół na fotelu. Nawet ze świadomością, że przegrałam i jestem jego do końca tego tygodnia.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

~9 Eternity

Zachód słońca w Los Angeles o tej porze roku wygląda zawsze pięknie. Nigdy nie nauczę się przestać nim zachwycać. Niebo nabiera przeróżnych kolorów, które tańczą ze sobą wspólny taniec, aż wreszcie znów zostaje tylko błękitny kolor, powoli przechodzący w czerń. To zjawisko uwielbiam najbardziej. Mogłabym siedzieć każdego wieczoru nad jeziorem i przyglądać się, jak całe otoczenie zmienia się w ciągu kilku godzin. Jestem pewna, że wcale bym się nie znudziła.
Oglądam się za siebie, tylko po to, by upewnić się, że Kendall siedzi kilka metrów dalej, po czym wyciągam butelkę piwa z małego plecaka leżącego obok mnie. Podważam kapsel kluczem do mieszkania i nie muszę długo czekać nim odleci gdzieś w bok, żebym mogła spokojnie nabrać w usta kilka pierwszych łyków. Czuję jak zimny płyn rozchodzi się po moim gardle, a następnie po żołądku. Od razu mi lepiej. Wiem już, że ten wieczór będzie udany, nawet jeśli Kendall siedzi za mną.
Krzyżuję nogi i stawiam między nimi butelkę. Ponownie patrzę na niebo. Teraz oprócz czerwieni i żółci pojawił się jeszcze pomarańcz, który idealnie poprzecinał niebo w niektórych miejscach. Odchylam lekko głowę, jednocześnie przymykam oczy, a w mojej głowie maluje się piękna wizja dzisiejszego wieczoru. Jednak nie mogę długo się nią cieszyć, bo już po chwili słyszę irytujący dzwonek mojego telefonu, więc sięgam po niego do kieszeni i jednym ruchem palca odbieram.
– Czego? – Pytam jeszcze bardziej zirytowana, kiedy uświadamiam sobie, że odbieram połączenie z numerem prywatnym. Czekając na odpowiedź sięgam po butelkę i kolejny raz biorę kilka łyków.
– Zapomniałaś o czymś – informuje mnie. Głos w słuchawce wydawał się znajomy, ale nie potrafiłam przypomnieć sobie twarzy tej osoby.
– Nie – odpowiadam. – O niczym nie zapomniałam.
– Wisisz mi kasę – mówi, a moje serce automatycznie przyspiesza, przypominając o długu, jaki jestem winna Johanowi. Oglądam się za siebie i dostrzegam zmartwioną twarz Kendalla.
– A ty wisisz mi towar – szepczę ostatnie słowo. W słuchawce słyszę gardłowy śmiech Johana i wiem już, że jestem na przegranej pozycji.
Słyszę dźwięk zakończonego połączenia, więc tym razem chowam telefon do kieszeni i chwytam plecak oraz butelkę z piwem, po czym wstaję i idę w stronę chłopaka. Siadam obok niego, aby nie bać się ewentualnego ataku któregoś z podwładnych Johana. Wiem jak bardzo jest nieprzewidywalny, a napad na osobę, która winna jest mu kasę, jest czymś normalnym.
Patrzę na twarz Kendalla, która zwrócona jest w kierunku jeziora. Dostrzegam jego długie rzęsy i nawet to, jak zaciska szczękę. Denerwuje się.
– Kendall – zaczynam, ale jednym spojrzeniem skutecznie mnie ucisza.
– Jesteś popierdolona – mówi, po czym na chwilę przerywa. – Jak możesz dalej to ciągnąć? – Spoglądam na niego, czując jak braknie mi słów.
Przez dłuższy czas tylko patrzę, nie wiedząc co powinnam powiedzieć... lub, nie wiedząc co on chciałby usłyszeć. Czuję, że cokolwiek to nie będzie, on i tak wpadnie w furię, więc przenoszę wzrok przed siebie i sięgam po butelkę.
– Skończysz z tym, albo ja skończę z tobą. – Szarpie moją dłoń, chcąc zabrać butelkę, ale walczę na tyle, na ile potrafię.
– Jesteś dupkiem! – Wstaję, jednocześnie krzyczę i uderzam go rękami. Kendall wygląda jakby w ogóle się tym nie przejmował, co jeszcze bardziej wprawia mnie w złość.
– Skoro ja jestem dupkiem to kim ty jesteś, co?
– Kimś, kto nie potrzebuje twojej pomocy – mówię słowa, które wcale nie są prawdą.
Chłopak wstaje, a ja czuję, że spojrzenie, jakim mnie przed chwilą obdarował, jest już ostatnim w życiu jego spojrzeniem na mnie. Łzy napływają mi do oczu, kiedy widzę jak odchodzi w kierunku, z którego wspólnie przyszliśmy. Kopię w plecak, dając upust swoim emocjom, ale nie jest to na tyle skuteczne, by pomogło. Ponownie patrzę przed siebie i zauważam, że Kendalla już nie ma.
Odszedł.
Krzyczę tak głośno, jak tylko potrafię, po czym opadam na kolana i kulę się, aby móc spokojnie wylać kilka łez. Unoszę lekko głowę, chcąc odnaleźć wzrokiem otwartą butelkę piwa. Nigdzie jej nie widzę, przez co wpadam w większą furię. Zaczynam uderzać dłońmi w piasek, aż wreszcie przewracam się na bok i powoli staram się uspokoić. Wiem, że zajmie mi to trochę czasu, ale nie zamierzam rezygnować. Gdyby Kendall tu był, wiedziałby co zrobić.
Kilkadziesiąt minut później z plecakiem przewieszonym na jednym ramieniu zmierzam w stronę klubu, do którego zwykłam już chodzić. Idę tam pełna nadziei, że zobaczę kogoś znajomego, kto będzie miał jakiś narkotyk. Moja głowa zapełnia się samymi pozytywnymi myślami o tym, jak bardzo się dziś upiję i zrelaksuję.
Omijam ciągnącą się przede mną kolejkę ludzi w podobnym wieku do mojego, wiedząc, że jak zwykle wejdę szybciej od nich. Wyciągam z kieszeni banknot z odpowiednim nominałem, po czym stając naprzeciwko ochroniarza, podaję mu, dzięki czemu w ciągu minuty znajduję się już przy barze. Siadam na krzesełku i rozglądam się dookoła. W tłumie spoconych i śmierdzących ciał nie dostrzegam nikogo znajomego, więc przenoszę swój wzrok na loże. Drętwieją mi palce, kiedy spostrzegam w jednej z nich Johana z całą swoją świtą. Szybko odwracam głowę z nadzieją, że mnie nie zauważy.
Przede mną rozciąga się szeroka półka, na której poustawiane są różnorodne alkohole. Ręką przywołuję barmana i zamawiam to, co zwykle. Nie muszę długo czekać, żeby dostać szklankę czystej. Podnoszę przezroczyste naczynie i wlewam sobie do gardła. Czuję nieprzyjemne pieczenie, które w zasadzie nie ma dla mnie większego znaczenia. Zamawiam dolewkę, a potem kolejną i jeszcze kilka, dopóki nie czuję, że już mi wystarczy.
Patrzę na barmana i zaczynam się śmiać, choć wcale nie wiem czemu. Chłopak odwzajemnia moje spojrzenie, ale on się nie śmieje. Widzę w jego oczach to, co zawsze widziałam w oczach Kendalla – zmartwienie.
– Przypominasz mi mojego przyjaciela – mówię, a on lekko się uśmiecha.
– Zawsze to mówisz – odpowiada niskim głosem. Szeroko otwieram oczy, kiedy dochodzą do mnie wypowiedziane przez niego słowa.
– Jestem tu pierwszy raz.
– Nie, Erin, nie jesteś tu pierwszy raz.
– Tak barmanie, jestem tu pierwszy raz – powtarzam, cicho się przy tym śmiejąc. Chłopak kręci głową i podchodzi bliżej. Przez chwilę się rozgląda, a potem wyciąga telefon i czegoś szuka. Po chwili przed oczami widzę zdjęcie, na którym jestem.
– Chcesz coś dodać? – Patrzy na mnie, kiedy z powrotem chowa urządzenie.
– Podobam ci się – mówię śpiewnym tonem. – Powinieneś zmienić sobie tapetę.
– Sugerujesz, żebym ustawił sobie na tapetę najebaną dziewczynę, która ostatkiem sił zrobiła sobie zdjęcie kilka sekund przed tym jak zwymiotowała?
– Sugeruję, żebyś zapełnił mi szklankę. – Głupkowato się uśmiecham, kiedy on wykonuje moje polecenie.
Chwytam szklankę między palce i unoszę ją, ale nie mam w sobie wystarczająco dużo sił, więc upada na bar. Słyszę dźwięk tłuczonego szkła i wcale nie muszę patrzeć w dół, żeby wiedzieć, że cała zawartość rozpłynęła się po barze oraz na moje nogi. Barman podchodzi do mnie i zaczyna zbierać szkło, następnie wyciera mokre miejsca. Cały czas patrzę się na niego, czując jak powoli zasypiam. Chłopak ponownie chwyta telefon, ale tym razem wykonuje do kogoś połączenie. Nie słyszę, z kim ani o czym rozmawia. Kładę ręce na barze, a na nich głowę i pozwalam moim powiekom, aby się zamknęły.
Sen przychodzi szybciej niż sądziłam.
Obudziło mnie mocne szarpanie za rękę. Od razu unoszę głowę i przymrużonymi oczami spoglądam przed siebie, po czym czuję jak wszystkie wnętrzności podchodzą mi pod gardło. Widzę przed sobą zmartwioną minę barmana, i kilka osób siedzących dookoła. Cicho się śmieję, mimo że wcale nie jest mi do śmiechu.
– Czemu to zrobiłeś? – Pytam, przecierając prawą dłonią lewe oko. Jestem pewna, że rozmazałam sobie makijaż, ale nie przejmuję się tym.
– Czemu zrobiłem co? – Patrzy się na mnie z uniesioną brwią. Jego twarz wydaje się taka zagadkowa i tajemnicza... i właśnie w tym momencie przypominam sobie jego imię.
– Shane – mówię, a chłopak cicho się śmieje.
– Zazwyczaj zajmuje ci to więcej czasu – odpowiada i już po chwili oboje się śmiejemy. – Kendall cię niedługo odbierze – dodaje po jakimś czasie, kiedy ja uspokajam swój żołądek zwykłą wodą.
– Zawsze tak jest? – Patrzę na niego, a on tylko wzrusza ramionami, dając mi znać, że znam już odpowiedź. – Nie potrzebuję pomocy Kendalla, wrócę sama.
– Będzie tu za pięć minut...
– A mnie już tu nie będzie – przerywam mu w połowie zdania, zanim skończy mówić. Rozglądam się dookoła z nadzieją, że znajdę gdzieś Johana. Jeśli mam stąd wyjść, nie mogę doprowadzić do tego, by mnie zauważył. – Johan? – Pytam, a on delikatnie kiwa głową w kierunku, gdzie siedzi poszukiwana przeze mnie osoba.
Płacę należną kwotę, a potem wymykam się spod baru tak, aby za bardzo nie rzucać się w oczy. Nie jest to łatwe, w głowie ciągle mi się kręci, a mdłości wciąż nie ustąpiły. Mimo tego udaje mi się wyjść i już po chwili uderza we mnie mocny podmuch wiatru. Wciągam go głęboko do płuc, czując, że to minimalnie mi pomaga. Niepewnie stawiam duże kroki, żeby jak najszybciej oddalić się od tego miejsca, ale z każdym kolejnym coraz bardziej się chwieję.
– Nie uciekniesz. – Słyszę znajomy głos, przez który automatycznie się wzdrygam. Zatrzymuję się i odwracam, czując jak łzy powoli napływają do moich oczu. – Masz problem – dodaje po chwili.
Nie kontroluję swojego ciała. Czuję trzęsące się za plecami ręce, czuję drgające ze strachu nogi i przede wszystkim czuję, że coś pójdzie nie tak. Coś się stanie, ale jeszcze nie jestem w stanie stwierdzić co.
– Bierz kasę i daj jej spokój. – Kendall znikąd pojawia się obok i daje Johanowi sporą sumę pieniędzy. Patrzę na niego z szeroko otworzonymi oczami, po czym skupiam swoją uwagę na odchodzącym facecie.
– Co... co ty robisz? – Ponownie przenoszę wzrok na Kendalla, a kiedy nie odpowiada, zbliżam się do niego, pamiętając o tym, by zostawić odpowiedni odstęp między naszymi ciałami.
– To co zawsze, Erin. Ile razy już tak było? Dwadzieścia? Przestałem liczyć po dwunastym. Wmawiasz mi, że nie potrzebujesz mojej pomocy, a kiedy odchodzę, rozdziera cię od środka, bo wiesz, że jest inaczej. Upijasz się i zasypiasz przy barze. Za każdym pieprzonym razem czekam na telefon od Shane, bo doskonale wiem, że zadzwoni, żeby powiedzieć, że znów to się stało. Znów zalałaś się w trupa i zasnęłaś. Czasem dodatkowo się zjarasz, ale nie stać cię już na żaden towar, a długi u tego frajera przestałaś spłacać kilka miesięcy temu, więc się ukrywasz. I kiedy budzisz się, Shane mówi ci, że już po mnie zadzwonił, że jestem w drodze... a ty próbujesz uciec, nie pamiętając, że Johan i tak cię zatrzyma, a ja i tak zapłacę twój dług, żebyś nie musiała dawać mu dupy. Wrócisz do domu i znów zaśniesz, a kiedy się rano obudzisz, nie będziesz nic pamiętać i zwyczajnie do mnie zadzwonisz, żebym poszedł z tobą nad jezioro, gdzie w spokoju będziesz obserwować niebo. I nie będziesz rozumiała, czemu siedzę kilka metrów za tobą, bacznie cię pilnując. Nie będziesz nic pamiętać, nigdy nie pamiętasz.
Patrzę na niego, nie wiedząc co powiedzieć. Kendall nie odwzajemnia mojego spojrzenia. Jego wzrok skupiony jest na jakimś punkcie za moimi plecami, więc gwałtownie się odwracam i czuję mroczki pojawiające się w oczach, a potem mocne ramiona Kendalla, które oplatają moje ciało, chroniąc przed upadkiem. Dotykam jego zimną dłoń, delikatnie ją gładząc. Nawet w tej ciemności potrafię dostrzec dreszcze, które pojawiły się na jego skórze. Odwracam głowę i dopiero wtedy spostrzegam, jak blisko są nasze ciała. Spinam się, a mój wzrok automatycznie skupia się na ustach Schmidta.
– Myślisz, że nie pamiętam, ale ja zawsze wiem, że jesteś moim bohaterem – mówię, po czym pozwalam sobie przytulić się do niego. Kendall nie protestuje. Jego dłonie zaciskają się na moich biodrach, mocniej przyciągając mnie do siebie.
– Nigdy się nie zmienisz – szepcze, wprawiając zarówno mnie jak i moje ciało w poczucie winy.
– Potrzebuję pomocy.
– Jestem do twojej dyspozycji – odpowiada, a jego usta stykają się z moim czołem.


~~~

Cześć, cześć, cześć, powróciłam na tego bloga - jak widać :) a to wszystko dzięki wam ♥ Jak na razie są to moje stare dzieła ponieważ na nowe nie mam jak na razie czasu - jest czerwiec - kończy się rok szkolny więc wiecie :( Ale mam nadzieję, że was nie zawiodę :D

© Kordelia| WioskaSzablonów | X | X | X |.