Blokada kopiowania!

wtorek, 17 listopada 2015

~56 Rok W Przyszłym Miesiącu

Imagin zawiera treści homoseksualne, czytasz na własną odpowiedzialność.


- Myślisz, że moglibyśmy im to wyznać? - Spytałem, leżąc na plecach, na wyjątkowo wygodnym łóżku, jak na standardy hotelowe. Zwłaszcza, że nie był to hotel pięcio-gwiazdkowy.
- Co wyznać? - Spytał Kendall, patrząc na mnie ze swojego łóżka.
Słodko było patrzeć, jak przytulał do piersi poduszkę, jednak i tak wolałbym, abym to był ja. A fakt, że ukrywaliśmy nasze preferencje, wcale nie był ułatwieniem. Ciężko było nie pokazywać prawdziwych uczuć, nawet przy najlepszych przyjaciołach. To nie tak, że im nie ufaliśmy, ale każdy człowiek ma jakąś tajemnicę. Lecz mi było już z tym ciężko.
- No wiesz... O nas. - Mruknąłem i przekręciłem się na brzuch, ukrywając twarz w poduszce.
- Och, Dustin... - Jęknął Kendall.
Miałem wszystkiego dosyć. Ciągłego ukrywania się i dyskretnych spojrzeń. Chciałem móc po prostu powiedzieć prawdę. Ale nie mogłem. Media by nas żywcem zjadły, za taką nowinę. A tego nie chciałem ani ja, ani Kendall. Domyślam się, że reszta chłopaków też by nie chcieli.
Poczułem ciepłą dłoń Kendalla na moim nagim ramieniu. Było lato, mieliśmy płatny urlop. Chodziliśmy bez koszulek, ale nawet basen nie potrafił sprawić, że ochłoniemy. Wzdrygnąłem się lekko pod jego dotykiem. Nic nie mogłem poradzić na to, jakie wywoływał u mnie emocje.
- Wiesz... - Poczułem, jak łóżko tuż obok mnie, ugina się pod ciężarem blondyna. - Chciałbym im powiedzieć, ale...
- Ale? - Poduszka tłumiła moje słowa, lecz nie pofatygowałem się, aby podnieść głowę do góry. Wolałem, żeby nie widział łez, skrywających się w kącikach moich oczu.
- Nie wiemy, jak by zareagowali... Trzeba najpierw wybadać, co myślą o takich związkach, Dustin. To nie jest takie "hop siup" i po wszystkim. - Westchnął.
Wiedziałem, że to co mówił, jest jak najbardziej prawdziwe, lecz nie potrafiłem się zmusić do zaakceptowania tego. Jakby wyczuwając, że coś jest nie tak, zaczął delikatnie gładzić nagą skórę na moich ramionach. Po woli się rozluźniałem.
Chwilę później poczułem, jak Kendall na mnie siada i zaczyna robić mi jeden ze swoich magicznych masaży. Cała nasza trójka to uwielbiała. Zadziwiające było to, jak bardzo był wtedy delikatny, w przeciwieństwie do furii, która go ogarniała za gitarą. Taki agresywny, a za razem delikatny. I to mnie w nim pociągało najbardziej.
Owszem, byłem zazdrosny, kiedy robił masaż resztą chłopaków. Ale nie aż tak, jak mogłoby się wydawać. Wiedziałem, że Kendalla oni nie interesują w taki sposób. Zapewniał mnie o tym kilkakrotnie, a ja mu ufałem.
- Już ci lepiej? - Zapytał po chwili, nachylając się nade mną.
Chciałem przekręcić się na plecy, lecz Kendall mi to uniemożliwiał. Westchnąłem cicho i uniosłem głowę nieco ponad poduszkę.
- O wiele lepiej.
Mogłem się domyślić, że uśmiechnął się szeroko. Miał taki styl bycia, że cieszyła go każda rzecz, w której mógł komuś pomóc, czy to było wyrzucenie śmieci, czy podanie kubka w kuchni, czy po prostu sprawienie, że ktoś się uśmiechnął. Uwielbiał tę satysfakcję, płynącą z pomagania.
- Cieszysz się z naszych wakacji? - Zapytał, zjeżdżając dłońmi niżej.
- To dopiero pierwsze dwa dni, ale... W sumie nie bardzo. - Wyznałem.
- Dlaczego? - Zdziwił się i przestał mnie masować.
Zszedł ze mnie i usiadł obok. Poczułem ulgę. Nie żeby był ciężki, ale jednak swoje ważył. Nie przeszkadzało mi to, dopóki nie trwało długo. Mogłem się teraz przekręcić i ułożyć wygodnie, aby nie musieć wciskać twarzy w czerwoną poduszkę, ale nie chciałem. Moje słowa wyraźnie go zmartwiły.
- Dustin, proszę powiedz mi... - Stuknął mnie dłonią kilkakrotnie w ramię.
- Nieee - wyjęczałem.
- Dustin... - Powiedział groźnie. - Jak mi nie powiesz, to cię więcej nie pocałuję, zobaczysz! - Nie musiałem na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że właśnie unosił palec wskazujący do góry i słodko marszczył brwi. Uśmiechnąłem się i podniosłem do góry.
- Ehh...
- No już, gadaj - dźgnął mnie palcem w sam środek klatki piersiowej.
- Bo nie mam się z czego cieszyć, no, oprócz faktu, że mamy wspólny pokój. - Powiedziałem i wygodnie ułożyłem się na łóżku, wkładając tym razem poduszkę pod głowę, a nie na odwrót. Uśmiechnąłem się, lecz to go nie uspokoiło.
- Proszę, skończmy ten temat. Mi też jest z tym źle, ale jeszcze trochę poczekajmy. Zrobisz to dla mnie? - Spojrzał na mnie słodkim wzrokiem, że nie byłem w stanie mu odmówić, choćbym nie wiem jak był temu przeciwny. Po prostu nie umiałem. Kiwnąłem głową, zgadzając się, na kolejne dni życia w kłamstwie.
Pochylił się i lekko musnął moje usta. Uśmiechnąłem się szeroko. Takie chwile, lubiłem najbardziej. Nigdy nie zaszliśmy dalej, niż całowanie i wcale tego nie żałowałem. Kochałem go bez względu na wszystko, a raczej przede wszystkim za to, jaki jest, a nie co potrafi zrobić, aby było "miło".
- Uśmiechasz się - mruknął, na co zaśmiałem się cicho.
- Owszem. - Odparłem mało inteligentnie, czym rozbawiłem Schmidta.
Pochylił się nade mną po raz drugi, i tym razem nasz pocałunek był dłuższy. Włożyłem palce w jego blond włosy, które tak bardzo uwielbiałem i lekko za nie pociągnąłem. Zajęczał prosto w moje usta, przez co mój uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej. Nie dziwiłem się fankom, że tak bardzo kochają jego włosy. Uważałem, że są fenomenalne.
Wszystkie wydarzenia, które działy się potem, były jak żywcem wyjęte z filmu akcji. Nie, nie chodzi o strzelaniny i szybkie samochody. Chodzi o to, że wszystko działo się zbyt szybko.
Byliśmy z Kendallem mocno spragnieni swoich ust. Każdy następny pocałunek, był słodszy od poprzedniego i za razem bardziej namiętny. Oboje cicho dyszeliśmy. I właśnie wtedy, ktoś postanowił nam przerwać. Pukanie do drzwi było głośne i mogło oznaczać tylko jedno - Scott.
- Kendall, zamknąłeś drzwi? - Spytałem, patrząc na niego uważnie.
- Nie wiem. A to nie ty miałeś je zamknąć?
Oboje spojrzeliśmy przerażeni na klamkę, która poruszyła się, a po chwili drzwi otworzyły z hukiem. Stali w nich Scott i Andy, z wyrazem totalnego zaskoczenia na twarzach. Chociaż, wcale im się nie dziwię. Kołdra, która była gładko rozłożona na łóżku, zanim zaczęliśmy się całować, była teraz skotłowana. A w samym środku tego leżałem ja, a Kendall na mnie. Pochylał się, a ja wciąż trzymałem dłonie w jego włosach. To zdecydowanie wyglądało na to, czym było.
- Fuck? - Wyszło bardziej jak pytanie, niż stwierdzenie.
W ułamku sekundy Kendall stał na podłodze i z wyrazem zażenowania, cofał się do tyłu, aż trafił na blado żółtą ścianę hotelowego budynku. Dotknąłem dłonią nieco spuchniętych ust i zapewne oblałem się rumieńcem. Usiadłem prosto, starając się wygładzić drżącymi dłońmi pościel.
- Czy ktoś mógłby mi to... hmm... wyjaśnić? - Zapytał Scott, patrząc na nas podejrzliwie.
- No i to na tyle z ukrywaniem się - mruknął Schmidt. Po chwili jednak zrozumiał swój błąd i zakrył usta dłonią. - Ups.
- Jak długo? - Zapytał Andy.
Spojrzałem na Kendalla. Wzruszył ramionami. Ja zrobiłem to samo. Podrapałem się karku z zakłopotaniem.
- Um.. Tak jakby...
- Ile? - Zapytał chłodno, mierząc nas wzrokiem, którego nazwać nie potrafiłem.
- Jakoś z rok będzie w przyszłym miesiącu... - Mruknąłem i spuściłem wzrok. To koniec i oboje z Schmidtem o tym wiedzieliśmy.
- Czemu żaden nam nie powiedział? - Spytał urażony Scott i wszedł do środka, ciągnąc za sobą Andiego i zamykając drzwi.
- Chciałem ale...
- Baliśmy się waszej reakcji - szybko wtrącił Kend, przerywając mi w połowie zdania. Spojrzałem na niego zaskoczony i urażony. Chłopcy chyba wyczuli, że coś jest nie tak.
- No cóż... Jest to...
- Obrzydliwe? - Podpowiedział Kendall.
- Nie. Raczej zaskakujące. - Samodzielnie zakończył zdanie Scott.
- W końcu jesteśmy przyjaciółmi, co nie? - Mruknął Andy i usiadł obok mnie, obejmując mnie ramieniem. - Musimy się z tym jakoś pogodzić, co nie Scott?
- Och, pewnie. Ale jaja... Mamy gejków w zespole - zagruchał Scott, krztusząc się śmiechem.
- Och, świetnie... Teraz będą się z nas nabijać... - Fuknął Kendall, na co całą czwórką wybuchliśmy śmiechem.
No cóż, muszę przyznać, że nie spodziewałem się tak dobrej reakcji, ale nie będę narzekał, prawda? W końcu mogę żyć normalnie.


________
Co myślicie o takich imaginach? Chcecie takich więcej?
Po drugie, myślę nad zawieszeniem pracy nad tym blogiem z powodu braku czytelności.... moje foldery z dnia na dzień powiększają się o kilka imaginów a widząc brak zainteresowania nimi strasznie mnie rani :'(
Jeszcze to przemyślę, ale jeżeli będzie tak dalej to naprawdę zawieszę nad nim pracę... To chyba wszystko c;
Pa

10KOMENTARZY=NOWY IMAGIN!

czwartek, 5 listopada 2015

~55 Horror

*

*Charlotte*

Obudziłam się wpół do siódmej, jak każdego ranka. Wsunęłam na stopy futrzane kapcie i wtedy dostrzegłam coś dziwnego. Na podłodze leżała koperta, na której widniało moje imię. Przetarłam oczy, po czym podniosłam przesyłkę. W środku znalazłam list, był ubrudzony sadzą.

Kochana Charlotte,
to ostatnia rada: miej oczy dookoła głowy.

Twój na zawsze,
X

Odrzuciłam kartkę, jakby parzyła mnie w dłonie. Już któryś raz z kolei dostałam notkę tego typu od anonima. Czasem na szybie mojego samochodu także były pisane, ale poza tym nie zauważyłam nic nadzwyczajnego. Najwyraźniej ktoś po prostu chciał mnie nastraszyć dla zabawy.
Postanowiłam to zignorować i po prostu pojechać do szkoły. Wszystkie lekcje minęły normalnie, a gdy wyszłam z Kendallem na parking, zobaczyłam że każda opona w moim aucie jest przebita.
- Co jest? - zapytał chłopak, zdziwiony tym widokiem.
- Nie mam pojęcia - odpowiedziałam szczerze.
Zastanawiałam się, czy to może mieć jakiś związek z osobą, od której otrzymywałam tajemnicze wiadomości.
- Odwiozę cię - zaproponował Kendall, wyrywając mnie z zamyślenia.
W odpowiedzi skinęłam głową, ale nie byłam wcale zadowolona. Koła nie miały żadnego znaczenia,  ale ja najzwyczajniej w świecie byłam przerażona. Na dobór złego, o niczym nie powiedziałam Kendallowi, z czym czułam się okropnie. Zdaje się, że jako mój chłopak, powinien wiedzieć, że ktoś mnie nęka. Spojrzałam na niego, podczas gdy prowadził auto; wyglądał na wesołego, jak zawsze, więc nie chciałam tego niszczyć.

- Jesteś jakaś nieobecna - zaczepiał mnie, gdy siedziałam u niego w pokoju.
Miał bardzo poważny wyraz twarzy, zdecydowanie zauważył, że coś się dzieje. Nie mogłam dłużej tego ukrywać, ale z drugiej strony, nawet nie wiedziałam co dokładnie chcę powiedzieć. Po chwili wzięłam głęboki wdech i po prostu mówiłam, wszystko od początku. Zacytowałam każdy list, aż do dnia dzisiejszego. Słuchając tego, Kendall jedynie wytrzeszczał na mnie oczy; obawiałam się takiej reakcji. Gdy skończyłam monolog, wlepiłam wzrok w dłonie i czekałam na jakąkolwiek odpowiedź. Cisza. Wtem, niespodziewanie zmienił temat, jakbym w ogóle nie wspomniała o strachu. Skoro wolał, aby tak zostało, postanowiłam całą sprawę ominąć milczeniem.


*Kendall*

Wbrew pozorom, bardzo przejąłem się tym, co powiedziała mi ostatniego wieczoru Charlotte. Wolałem to przemilczeć, gdyż w mojej głowie momentalnie narodził się plan. Postanowiłem, że dowiem się kto nęka moją dziewczynę. Czatowałem przy niej dosłownie cały czas, dopóki nie zauważyłem czegoś podejrzanego - udało się.
Zapewne było to przypadkiem, gdy zobaczyłem postać ubraną na czarno, wrzucającą coś przez okno do pokoju Charlotte. Oparłem się o ścianę domu obok, czekając na kolejny ruch nieznajomego. Chwilę później przeszedł tuż obok mnie, z pomocą szczęścia zdążyłem złapać go za ramię.
- Czekaj - powiedziałem pewnie i ku mojemu zdziwieniu, chłopak się zatrzymał.


*Charlotte*

Następnego dnia, Kendall nie przyszedł do szkoły, co oczywiście mnie zmartwiło. Na dodatek, nie odbierał telefonu, ani nie odpisywał na moje SMS-y. Postanowiłam, że od razu po zajęciach, pójdę odwiedzić go w domu i liczyłam na to, że go tam zastanę. Niestety pocałowałam klamkę, co mogłam przewidzieć. Towarzyszyła mi mieszanka zdenerwowania i troski. Nie wiedziałam co mam dalej robić, więc po prostu wróciłam, na piechotę, do swojego mieszkania.
Po drodze, postanowiłam pójść skrótem, czyli skręciłam w boczną uliczkę. Było na niej zupełnie pusto, lecz wcale mi to nie przeszkadzało. Dopiero po jakimś czasie, usłyszałam za sobą czyjeś kroki. Serce momentalnie zaczęło bić mi szybciej, ale bałam się spojrzeć w tył.
Czy to zawsze tak jest? Samotna dziewczyna w ciemnym zaułku, a za nią nieznajomy... Jak w jakimś tanim horrorze.
Jednak to działo się na prawdę, a kroki były coraz głośniejsze. Przyspieszyłam kroku, zaciskając mocniej dłoń na pasku torebki. Wtedy poczułam mocną męską rękę na swoim ramieniu. Bez wahania przycisnął mnie do ściany, krępując ruchy. Na głowie miał kominiarkę, więc widziałam jedynie jego ciemne oczy. Zaczęłam krzyczeć najgłośniej jak potrafiłam, ale nie trwało to długo, gdyż napastnik nakrył mi usta. Po kilku sekundach, znikąd, pojawił się kolejny mężczyzna, również ubrany na czarno. Poklepał pierwszego po plecach, na co tamten obrócił mnie tyłem, złapał za nadgarstki i pociągnął za sobą. Jego uścisk był tak silny, że posiniała mi skóra. Próbowałam machać nogami, ale była to jedynie kolejna próba obrony, która spełzła na niczym. Wtem poczułam mocne uderzenie, a przed oczami zobaczyłam białe światło.
Gdy otworzyłam oczy, znajdowałam się w białym pokoju bez mebli, poza jednym krzesłem, do którego zostałam przywiązana. Od razu ogarnęła mnie panika; kompletnie nie wiedziałam, co robić. Niespodziewanie, do pomieszczenia wszedł chłopak. Był to zapewne jeden z tych, którzy mnie zaatakowali. Uklęknął przede mną; mogłam spojrzeć mu prosto w oczy. Uchyliłam usta z wrażenia, gdy w tych oczach poznałam, nikogo innego, jak Kendalla. Miałam ochotę wybuchnąć płaczem, nie wierzyłam, że to mój chłopak krył się za tymi wszystkimi listami.
- Kendall? - jęknęłam.
W odpowiedzi zakrył mi usta dłonią, a drugą uciszał. Zdjął kominiarkę i przeczesał włosy palcami, jak zawsze.
- Jak mogłeś? - syknęłam, gdy mi na to pozwolił.
- Daj mi chwilę, a wszystko ci wyjaśnię - odparł, ale nie chciałam go słuchać.
Nagle usłyszałam syreny policyjne i zrozumiałam, że nie chcę, żeby Kendall trafił do więzienia. Zaczęłam się szarpać, jakby to miało go ochronić. Chłopak odwiązał mnie od krzesła i wreszcie mogłam go swobodnie przytulić.
- Chodź - polecił, łapiąc mnie za rękę i ciągnąc za sobą.
Posłusznie szłam przy jego boku. Wyprowadził mnie z białego pokoju i zaprowadził do zwykłego, niepozornego salonu. Tam, po środku pomieszczenia, stał chłopak ubrany na czarno, którego twarzy nie znałam, ale wiedziałam, że to on był winny. Wtem do środka wszedł policjant, rozwalając bez wahania drzwi frontowe. Schowałam się za plecami Kendalla, przerażona widokiem broni, wyciągniętej w stronę obcego. Mężczyzna z odznaką, bez wahania go złapał, a ten nawet nie stawiał oporu, jakby dobrze wiedział, że to w końcu nastąpi. Po chwili został wyprowadzony, a do domu wszedł inny policjant.
- Już możecie stąd iść - oznajmił, uśmiechając się lekko. - Szukaliśmy go od dawna.
- O co tu chodzi? - szepnęłam do Kendalla, ale nie dostałam odpowiedzi.
- Dziękujemy za wezwanie - dodał policjant, po czym wyszedł.
Także opuściliśmy mieszkanie, lecz wciąż nie czułam ulgi; oczekiwałam odpowiedzi na wszystkie pytania, które mnie dręczyły. Wciąż kurczowo trzymałam się ramienia Kendalla, a zdałam sobie z tego sprawę, dopiero gdy wybuchnął śmiechem.
- Nie śmiej się! - warknęłam. - Mów mi, o co tu chodzi!
- Jakimś cudem odnalazłem tego gnojka, zaproponowałem mu pomóc i tak wybawiłem moją księżniczkę z opresji.
Powiedział to tak, jakby nie było to nic nadzwyczajnego, ale przy tym wypiął dumnie pierś do przodu. Dopiero wtedy odetchnęłam; wszystko w mojej głowie złożyło się w całość.
- Przepraszam, że cię tak nastraszyłem - szepnął Kendall, przyciągając mnie do siebie.
Objęłam go w pasie i zaśmiałam się pod nosem. Zdałam sobie sprawę, że to było coś o wiele poważniejszego, niż tylko jakieś liściki z groźbami. Nie byłam w żadnym stopniu zła na Kendalla, a jedynie wdzięczna, że mam przy sobie kogoś takiego jak on.
Ujął moją twarz w dłonie, żeby móc mnie pocałować delikatnie jak kiedyś; ostatnio bardzo mi tego brakowało. W tym momencie, wszystkie emocje sięgnęły zenitu: łzy szczęścia same pociekły mi po policzkach.

_________
Przeeeepraszam, że to jest takie beznadziejne. Ostatnio towarzyszył mi bardzo poważny brak weny, a może nawet nazwałabym to zaćmą twórczą (lol?). Proszę, bądźcie dla mnie łaskawi, tylko tym razem :(

10KOMENTARZY=NOWY IMAGIN!!!

wtorek, 3 listopada 2015

~54 Czerwony Hotel

Imagin dedykowany dla - Madzialenka. Mam nadzieję, że się podoba :3



*~*

Imagin zawiera drastyczne sceny... Czytasz na własną odpowiedzialność!!!

*



Zwariowaliście... Do reszty zwariowaliście! – krzyknęła Camilla z niedowierzaniem. Pokręciła przecząco głową, a blond włosy zafalowały wokół jej twarzy. – Jesteście...
– Daj spokój, Cam. – Derek postąpił krok w jej stronę, na co dziewczyna cofnęła się o dwa. – Chyba nie wierzysz w te bajki?
Jej jasne włosy kontrastowały w ciemności, a oczy z czarnymi soczewkami sprawiały wrażenie pustych i bezdennych. Blada z przerażenia twarz tylko podsycała jej upiorny wygląd tej nocy. To jednak nie przeszkodziło Derekowi w podejściu do niej i próbie pocałowania.
– Przestań!
– Kurwa, kochanie – jęknął Derek, ale odsunął się od dziewczyny.
– Mówiłem ci, żeby jej nie brać – odezwał się Alden, zwracając bezpośrednio do kumpla. – Tylko nam przeszkadza. Niech tu na nas poczeka, wrócimy za maks pół godziny. Tyle chyba sama wytrzyma, nie? – zakpił.
Camilla nigdy nie lubiła Aldena, a swoje kontakty z nim ograniczała do minimum. Niestety nie zawsze było to możliwe, jako iż Al był najlepszym przyjacielem jej chłopaka, z którym de facto ostatnio w ogóle jej się nie układało. Nie było tych motylków w brzuchu, nie czuła euforii gdy ją całował, nie czuła niczego. Jedynie irytację jego zachowaniem, co zdarzało się coraz częściej. Właściwie podejrzewała, że byli ze sobą z przyzwyczajenia. Ona miała się do kogo odezwać, on miał kogo macać.
Aż tak stoczył się nasz związek? – pomyślała z lekkim niedowierzaniem, ale i pewnym obrzydzeniem.
Rozważała czy nie zakończyć tego, ale w tych momentach pojawiał się jej egoizm, który mówił: wtedy już naprawdę zostaniesz sama jak palec, tego chcesz? Więc koniec końców odsuwała od siebie myśl o rozstaniu. Miała dość samotności, a dzięki Derekowi mogła udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
– Zostaniesz, kochanie? – zwrócił się do niej, chociaż w jego oczach widziała, że i tak podjął decyzję. Był skłonny zostawić ją w ciemnym zaułku tylko dlatego, żeby wejść do starego hotelu dla samej satysfakcji.
Czerwony Hotel był tym miejscem, które śniło się w najgorszych koszmarach. Stary budynek, w którym trzy dekady temu wybuchł pożar. Mieszkała w Oxley od urodzenia i dokąd sięgała pamięcią, straszne historie o ty miejscu zawsze towarzyszyły wszelkim szkolnym biwakom w lesie i – standardowo – każdej Halloweenowej imprezie. Wszyscy, czy to młodzi czy starzy, zgodnie twierdzili, że tam straszy. A oczywiście – jak przystało na przedstawicieli chromosomów XY – Alden i Derek chcieli udowodnić, że to zwyczajne, ludowe plotki. Camille może nie wierzyła w każde zabobony, ale miała na tyle oleju w głowie, aby trzymać się od tego miejsca z daleka, a już na pewno nie wchodzić do środka.
– Kochanie? – Derek coraz bardziej się irytował.
– Skoro musisz – odpowiedziała i wzruszyła nonszalancko ramionami, chociaż nieco martwiła się o swojego chłopaka. Może nie było między nimi tak dobrze jak kiedyś, ale to wciąż była najbliższa jej osoba i jedyna jaką miała.
– Dostanę buzi na szczęście? – zapytał z lubieżnym uśmiechem, a ona zmusiła się do uniesienia kącików ust.
Wspięła się na palce i lekko musnęła jego szorstki, nieogolony policzek. Do jej nozdrzy dotarł ostry i nieprzyjemny zapach potu. Skrzywiła się.
– Tylko na tyle cię stać? Kochanie, co z tobą?
– Jestem zmęczona, jest już prawie jedenasta. Idźcie i wracajcie szybko.
– Pół godziny, kotku. Dobra?
Kiwnęła głową i usiadła na wysokim chodniku; z kieszeni bluzy wyjęła paczkę papierosów. Była prawie pusta. Chłopcy oddalili się i przeszli przez jezdnię na drugą stronę, podchodząc do bramy hotelu. Hotel otaczały z trzech stron zarośla, a kawałek za nim zaczynał się las. Budynek był ciemny i swoimi piętnastoma piętrami górował nad Oxley. Camille wzdrygnęła się. Nagle zrobiło jej się zimno. Spojrzała na telefon – wskazywał dwie minuty po jedenastej. Naciągnęła rękawy bluzy i obserwowała ciemne sylwetki chłopców, które przechodziły przez bramę na teren hotelu.
Nagle jedno z okien rozbłysło światłem. Dziewczyna zmarszczyła brwi i zjechała wzrokiem na dół. Wciąż widziała chłopaków. Jej wzrok mimowolnie powędrował do góry. Na siódmym piętrze świeciło się światło. Zamknęła oczy i otworzyła je ponownie. Światło nie znikało. Przetarła powieki rękawem bluzy – dalej to samo.
Jej serce zabiło szybciej. Ktoś był w hotelu. Wytężyła wzrok, próbując dojrzeć cokolwiek i wtedy w oświetlonym pokoju mignęło coś ciemnego, a światło zgasło. Spanikowana oddychała zbyt szybko. Sięgnęła po paczkę i tym razem podpaliła papierosa; włożyła go między suche wargi.
Słyszała wiele historii o Czerwonym Hotelu, ale żadna nie dotyczyła świateł. Zastanowiła się, czy nie będzie lepiej jak wróci do domu, ale przypominając sobie o zimnym mieszkaniu, odechciało jej się wracać. Miała dziewiętnaście lat i utrzymywała się z pieniędzy, jakie otrzymała po śmierci ojca. Co prawda przez ostatnie miesiące przed śmiercią jedyne co potrafił robić, to pić bez umiaru, ale zostawił jej konto z pieniędzmi. Jej pensja w małym osiedlowym sklepie była skromna i zastanawiała się, czy nie lepiej będzie zainwestować w bilet miesięczny i znaleźć pracę w najbliższym mieście. Jednak była na to zbyt leniwa.
Podskoczyła w miejscu, gdy jej telefon zawibrował. Wyjęła go z kieszeni i spojrzała na rozświetlony ekran, na którym widniało zdjęcie Dereka. Odebrała.
– W porządku, kochanie? – zapytał.
– Tak.
Postanowiła nie wspominać o tajemniczym świetle. Nie chciała podsycać jego podniecenia. Derek nigdy nie wierzył w historie o hotelu, uważał je za brednie. Mówiąc mu o tym, co miało miejsce przed paroma minutami, niechybnie naraziłaby się na jego kpinę i śmiech.
– Do zobaczenia za dwadzieścia minut.
Derek rozłączył się, a ona zaciągnęła papierosem. Założyła za ucho kosmyk blond włosów i przyciągnęła kolana do piersi, opierając się czołem o kolana. Siedziała w tej pozycji kilkanaście minut, dopóki nie zrobiło jej się jeszcze zimniej. Wstała i rozpoczęła spacer w kółko. Miała dziwne wrażenie, że jest obserwowana. Podskoczyła kilka razy i ponownie otuliła się ramionami. Jej wzrok powędrował na siódme piętro hotelu. Było ciemne. Czekanie ją męczyło. Wyjęła telefon, aby sprawdzić godzinę i ze zdziwieniem i poniekąd przerażeniem zobaczyła, że jest już za dziesięć północ. Zmarszczyła brwi. Chłopcy powinni być na miejscu już dwadzieścia minut temu. W tym samym momencie telefon zaczął wibrować w jej dłoni.
– Derek?
W odpowiedzi usłyszała jedynie ciężki oddech.
– Derek?! – powoli zaczynała panikować. – Derek, do kurwy, to wcale nie jest śmieszne! – krzyknęła.
Połączenie zostało przerwane. Zmarszczyła brwi. Coraz bardziej jej się to nie podobało.
Czy powinnam tam iść? – myślała. – Nie ma mowy. W życiu.
Doszła do wniosku, że została wyśmiana przez swojego chłopaka i Aldena. I to wyjątkowo nieciekawie wyśmiana. Mimo to wykręciła jego numer i przyłożyła telefon do ucha. Wraz z pierwszym sygnałem w telefonie, usłyszała za sobą znaną melodyjkę, jaką Derek miał ustawioną zawsze, gdy do niego dzwoniła. Odwróciła się na pięcie. W cieniu najbliższego drzewa majaczyła ciemna sylwetka.
– Derek, ty dupku! Tak mnie wystraszyłeś!
Cam ruszyła w jego stronę, przejęta tym, że jednak nic mu się nie stało i nie zwracała uwagi na dziwne przeczucie, jakie ją ogarnęło. Nie zauważyła, że postać stojąca przy drzewie była wyższa i znacznie szczuplejsza od umięśnionego Dereka. Nie zauważyła, że zamiast bluzy z kapturem, postać miała na sobie jedynie czarną koszulkę na krótki rękawek. Dopiero gdy była metr od drzewa, postać zrobiła krok w przód, wychodząc z cienia. Z ust Camille wyrwał się krzyk, a ostatnim co pamiętała, był błysk czerwonych tęczówek.


Jej powieki były ciężkie, a oddech nierówny; ciało zachowywało się jak sparaliżowane. Wydała z siebie dźwięk podobny do jęku. Dopiero po chwili mrowienie jakie czuła w całym ciele, powoli zaczęło mijać. Podniosła wciąż ciężkie powieki i minęła chwila, zanim jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności, jaka ją otaczała. Była to inna ciemność niż na dworze. Nie było nad nią granatowego nieba. Jej serce biło szybciej i mocniej.
Rozejrzała się. Siedziała na podłodze w jakimś pomieszczeniu, oparta o jedną ze ścian. Chciała wstać, ale była jeszcze zbyt słaba. Zamknęła powieki i starała się wyrównać oddech. W jej głowie pojawił się obraz sprzed kilku minut. Czerwone oczy, które ją zaatakowały.
Zdusiła krzyk, jaki chciała wydostać się z jej gardła. Serce zaczęło bić jeszcze szybciej – tak szybko jak jeszcze nigdy. Wzięła głęboki oddech i wstała. Przeszła kilka kroków, chwiejąc się na nogach i dotarła do okna – jedynego źródła światła. Z przerażeniem zauważyła, że znajduje się gdzieś wysoko, a dopiero po chwili zrozumiała, gdzie jest.
– Czerwony Hotel – wyszeptała w ciemność.
W pomieszczeniu było zimno. Powietrze było stęchłe, jak zwykle bywa w opuszczonych budynkach. Sięgnęła do kieszeni po telefon, ale go nie było. Zniknęły także papierosy i zapalniczka. Usłyszała huk, dobiegał jednak z oddali. Mimo to była przestraszona. Nie wiedziała, w jaki sposób znalazła się w hotelu. Pamiętała tylko te czerwone tęczówki.
Nie chcąc zostawać dłużej w tym paskudnym miejscu, ruszyła w stronę drzwi. Chciała jak najszybciej wydostać się na zewnątrz. Pieprzyć Dereka, pieprzyć Aldena! Chciała wrócić do domu, nawet jeśli był zimny, pusty i taki... samotny.
Drzwi były wyrwane z górnego zawiasu, opadały krzywo na ścianę. Drewno było spróchniałe po trzydziestu latach. Wyszła na korytarz.
Zawsze, gdy ktoś opowiadał legendy związane z tym miejscem, Camille siedziała z boku i słuchała wszystkiego bez słowa. Nie była rozchwytywaną osobą, wręcz przeciwnie. Samotność towarzyszyła jej od zawsze. Rówieśnicy podchodzili do niej niechętnie. Jej jedyna przyjaciółka zginęła w wypadku samochodowym podczas wakacji w Rzymie. Matki nigdy nie poznała, a ojciec... Był dla niej dobry, dopóki nie zachorował i nie zaczął pić.
Historie o Czerwonym Hotelu były przeróżne. Czasem jakaś grupka śmiałków wybierała się do budynku, ale wracali po kilku minutach, opowiadając potem, że słyszeli jęki. Innym razem ktoś, kto w nocy wyprowadzał psa, mówił, że ze środka wydobywały się stuki i pukania, a potem krzyki. Czerwony hotel, jak sugeruje sama nazwa, był miejscem, gdzie można było nie tylko zatrzymać się na kilka dni. Oferował nie tylko pokoje, kasyna, restaurację... Podobno – ponieważ Camille nie wiedziała, czy była to prawda – od siódmego piętra w górę ciągnęły się pokoje inne od pozostałych. Słyszała, że był to raj dla osób o specyficznych predyspozycjach seksualnych. Można było otrzymać tam taką rozkosz, o jakiej nawet się nie marzyło. Nikt jednak nie odważył się wchodzić wyżej, niż na trzecie piętro.
Camille oparła drżącą dłoń o ścianę. Korytarz był ciemny i rozciągał się w lewo i prawo. Nie było tam ani jednej żarówki. W jej gardle pojawiła się kulka strachu, której nie potrafiła przełknąć. Dusiła się własnym strachem. Nie wiedziała, w którą stronę powinna iść, ale podejrzewała, że schody znajdują się po obu końcach korytarza. Ruszyła więc w lewo, nie zdejmując dłoni ze ściany.
Kroczyła coraz bardziej w ciemność. Wszystkie drzwi były zamknięte, do korytarza nie przedostawały się żadne wiązki światła, nie było żadnego okna. Jedynie ciemność. Usłyszała szelest i odwróciła się gwałtownie. W świetle, jakie wychodziło na hol z pokoju, w jakim się ocknęła, stała postać. Krzyk uwiązł jej w gardle.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, została przyciśnięta plecami do ściany. Widziała przed sobą czerwone tęczówki. W oczach stanęły jej łzy, gdy postać zacisnęła dłoń na jej piersi, jednocześnie atakując ustami jej suche wargi. Była odrętwiała i nie potrafiła się ruszyć ani o centymetr. Mogła jedynie stać i poddawać się temu, co robiła z nią tajemnicza osoba. Zamknęła powieki.
A potem nie mogła ich otworzyć.


Ocknęła się. Tym razem było inaczej. Nie czuła tego dziwnego mrowienia, które paraliżowało jej ciało. Powieki nie były ciężkie, a oddech nierówny. Teraz czuła się lekka. I przede wszystkim, wcale nie otaczała ją ciemność.
Usiadła i zauważyła, że leżała na miękkim materacu, wśród krwistoczerwonej, satynowej pościeli. W pokoju, w jakim się znajdowała, było tylko wielkie łóżko i dwoje drzwi – jedne naprzeciw, drugie po lewej stronie. Nad nią wisiała pojedyncza żarówka, która dawała przytłumione, czerwone światło. Domyśliła się, że jest na jednym z najwyższych pięter Czerwonego Hotelu.
Spuściła wzrok i krzyknęła – niskim, przeraźliwym głosem. Nie miała na sobie swoich ubrań. Zamiast tego jej talia ściśnięta była czarnym gorsetem, wiązanym z przodu czerwoną tasiemką, a na domiar złego, miała na sobie czarne pończochy, wykończone czerwoną koronką oraz identyczny pas do nich na biodrach. I nic poza tym. Zacisnęła uda, pragnąc w jakiś sposób zakryć to, co było odkryte i wystawiona pokaz.
Jej serce zabiło mocniej, a oddech urwał się, gdy drzwi po jej lewej stronie otworzyły się, a do środka wszedł wysoki, szczupły mężczyzna. Camille stwierdziła, że nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia sześciu lat. Ciemny-blond włosy miał zmierzwione i patrzył na nią intensywnym wzrokiem czerwonych tęczówek.
– Już się obudziłaś – powiedział takim tonem, jakby nie do końca wiedział, czy chciał stwierdzić czy zapytać.
Wzdrygnęła się i cofnęła do tyłu, ciągnąc materiał kołdry i zasłaniając się aż pod brodę.
– Ależ kochanie, nie chowaj się – powiedział. – I tak już wszystko widziałem. Musiałem cię przecież odpowiednio ubrać.
– C-czego chcesz? – zapytała słabo.
– Dowiesz się za moment – uśmiechnął się lubieżnie, tak jak czasem Derek, gdy chciał z nią robić cudaczne rzeczy obejrzane w niepoprawnych filmach z kolekcji swojego ojca. Ten uśmiech nie wróżył niczego dobrego. Zadrżała.
Mężczyzna zdjął czarną koszulkę i odrzucił ją niedbale na bok, a następnie rozpiął pasek od spodni i jego również się pozbył. Stopy miał nagie, więc jedyną rzeczą, która sprawiała, że nie był nagi, były jasne jeansy, których nie zdjął. Wolnym krokiem podszedł do łóżka i gwałtownie pociągnął za pościel, odsłaniając półnagą Camille.
– Jestem Kendall – odezwał się.
Dziewczyna cofnęła się jeszcze bardziej, podczas gdy on wszedł na łóżko. Mierzyli się wzrokiem – ona obserwowała jego ruchy, gdy na czworaka zbliżał się do niej; on zaś wlepił wzrok w jej nagie krocze, nie osłonięte niczym – to był jego cel. Ale najpierw zabawa, podsycanie pragnienia.
A potem się uśmiechnął, błyskając kłami. Z ust Camille wyrwał się kolejny wrzask, tym razem pomieszany z łkaniem.
– Z-zostaw mnie – jęknęła, ale on w odpowiedzi złapał ją za kostkę i pociągnął ku sobie. Jej nagie pośladki ślizgały się po śliskim materiale, którym obity był materac.
Kendall przyciągnął ją do siebie i uklęknął między jej rozszerzonymi nogami, odzianymi w czarne pończochy. Dłońmi nacisnął na jej ramiona, zmuszając do położenia się. Jej jasne włosy rozłożyły się jak wachlarz na czerwonej poduszce. Blada z przerażenia twarz naznaczona była śladami łez, których nie była zdolna powstrzymać.
– P-proszę – błagała.
– Uwolnię cię – powiedział, a w jej sercu zabiła nadzieja, która jednak zniknęła tak szybko jak się pojawiła. – Uwolnię cię od wszystkiego, uwolnię od samotności! – mówił coraz głośniej. – Skończę z tym! – Jego oczy rozbłysły.
– N-nie zabijaj mnie! – łkała, a całe jej ciało trzęsło się.
Wyprostował się zaskoczony.
– Nie chcę cię zabijać. Chcę cię uwolnić!
– Ale najpierw z-z-zgwałcić! – rzuciła urażonym tonem.
– Ależ nie, kochanie – odparł łagodnie, co nie pasowało do jego mrocznej aury. – Rozpłyniesz się z przyjemności – powiedział i złapał za jeden koniec kokardki, w jaką zawiązana była tasiemka gorsetu. – Zabiorę to, czego nie chcesz. Uwolnię cię od samotności! – mówił ze swego rodzaju uwielbieniem.
Uśmiechnął się, dumny z siebie, a ona ponownie mogła zobaczyć jego kły.
– Kim ty jesteś? – wyszeptała.
– Wampirem, który tak jak i ty, jest samotny.
– M-mam chłopaka – zaprotestowała słabo.
– Którego nie kochasz. Chcesz go zostawić, ale boisz się, że wtedy samotność dopadnie cię w swoje macki i udusi.
Z jej ust wydobył się szloch. Kendall miał rację. Miał cholerną, pieprzoną rację, a ona o tym wiedziała.
– Mogę sprawić, że już nigdy nie zaznasz samotności – powiedział kuszącym głosem i rozwiązał kokardkę. – Sprawię, że już zawsze będziesz miała kogoś, z kim mogłabyś rozmawiać, spędzać czas, całować się i pieprzyć do białego rana!
– Kogo? – zapytała, z przerażeniem obserwując, jak rozplata kolejne kawałki tasiemki, rozluźniając gorset. Znała odpowiedź na to pytanie, domyśliła się.
– Mnie – powiedział po prostu.
Gdy rozplótł gorset, zsunął go z dziewczyny i pochylił nad nią, ustami muskając jej lewą pierś. To doznanie sprawiło, że poczuła dwa różne odczucia – obrzydzenie i pożądanie, które się w niej obudziło. Ugryzł ją lekko w sutek, a ona zaprotestowała jękiem, który Kendall wziął jednak za zachętę. Jego prawa dłoń znalazła się na jej kolanie, sunąc do góry.
– Nie chcę! Nie chcę! – szarpnęła się, ale przycisnął ją mocniej do łóżka swoim ciężarem.
– Chcesz tego, dobrze o tym wiesz.
Chciała dalej protestować, błagać go, aby ją zostawił, lecz właśnie wtedy sięgnął dłonią między jej nogi. Zrobiło jej się słabo.
– Widzisz? Pragniesz tego! Musisz tylko to zaakceptować. Uwolnię cię – powtórzył.
– Jak?
– Poddaj mi się – nalegał, miętosząc dłońmi jej nagie piersi, szarpiąc i szturchając za nabrzmiałe i twarde sutki.
– Jak – sapnęła. – Jak mnie uwo-oh-olnisz? – jęknęła, gdy jej podbrzusze zaatakował skurcz pożądania. Zacisnęła uda, chcąc zahamować to, co nieubłaganie miało się stać, ale Kendall dłońmi ponownie rozłożył jej nogi, wlepiając skrzący wzrok w jej krocze.
– Zmienię cię.
– Co-oo? – wysapała. Coraz trudniej było jej mówić, ponieważ włożył w nią dwa palce.
– Zmienię cię w taką samą istotę jak ja. Staniesz się wampirem, istotą wieczną! I skończy się twoja samotność. Zostaniesz ze mną. Już na zawsze – mówił z przejęciem, coraz szybciej poruszając w niej palcami. – Wystarczy, że to zaakceptujesz. Chcesz tego, prawda?
Wyciągnął palce, zostawiając ją z wrażeniem, że brakuje jej czegoś istotnego. Pożądanie paliło ją od środka, pulsowało w niej. Chciała zacisnąć uda, ale uniemożliwił jej to, trzymając je wciąż rozciągnięte szeroko.
– Chcesz tego? – dopytywał natarczywym głosem.
– I obiecujesz, że nie będę samotna? – zapytała, tracąc siły i chęci na walkę.
– Obiecuję.
Zaakceptowała to, czego chciało jej ciało. Kłóciło się z rozumem, ale to, do czego doprowadził ją Kendall, wygrało.
– Chcę tego.
Dopiero wtedy pozwolił jej dojść, z uwielbieniem wsłuchując się w jej jęki rozkoszy. W końcu nie będzie samotna...

______
Chyba nie masz nic przeciwko tego, że Imagin jest w stylu fantasy. Był pisnay na podstawie Halloween, którego zapomniałam opublikować, a szkoda było mi go usunąć zważywszy, że prawie nikt nie lubi czytać moich imaginów w tematyce +18.
Jeżeli Ciebie zraniłam tym imaginem to bardzo przepraszam….

Piszcie, co myślicie, nawet jeśli się nie podoba. ;)
To raczej wszystko….

10KOMENTARZY=NOWY IMAGIN!!!

© Kordelia| WioskaSzablonów | X | X | X |.